Zapiski z realu: "Redaktor Krzysztof M."
Czas: 2 maja 1973. Miejsce: warszawska winiarnia "U Hopfera", na Krakowskim Przedmieściu. Bohaterowie: ja, ze swoim przyjacielem, Tadeuszem K. oraz znany krytyk literacki i poczytny felietonista, Krzysztof M.
Będąc młodym człowiekiem, próbującym swoich sił w pisaniu, lecz siłą rzeczy realizującym to na co życie pozwalało - czyli drukującym artykuły techniczne w miesięczniku "Młody technik" - bywałem w warszawskich i krakowskich teatrach, na najlepszych sztukach realizowanych przez słynnych reżyserów w najlepszej obsadzie, bywałem na kolejnych "Konfrontacjach filmowych" pokazującymi raz do roku najświeższe dokonania kina światowego, no i oczywiście dużo czytałem. Oprócz znakomitych książek ze światowego dorobku literackiego (które należało 'upolować' lub znaleźć pod zaprzyjaźnioną, księgarską 'ladą') czytałem wydawane w wielu tytułach czasopisma literackie, a toczące się na łamach owych czasopism bujne życie duchowe mogłem czasem fragmentarycznie obserwować w miejscach publicznych, takich jak owa wspomniana na początku winiarnia.
Większą i może bardziej znaną winiarnię "U Fukiera", znajdującą się w Rynku Starego Miasta, odwiedzaliśmy z przyjacielem równie często jak tę pierwszą - jednak jak wieść gminna niosła to "U Hopfera" częściej można było spotkać "celebrytów" (jak powiedzielibyśmy dzisiaj) w rodzaju niewylewającego za kołnierz aktora i pisarza, Jana H. czy właśnie bohatera moich wspomnień, Krzysztofa M. Może było tak z powodu nieco niższych cen alkoholu...
Muszę przyznać, że ów niewiele ode mnie starszy felietonista znanego tygodnika literackiego budził we mnie i moim przyjacielu respekt oraz podziw. Lekturę owego tygodnika zaczynaliśmy zwykle od ostatniej strony, oczywiście od najświeższego felietonu Krzysztofa M. Bywając "U Hopfera" napomykaliśmy czasem, iż jakoś nie mamy szczęścia; akurat w czasie gdy my delektowaliśmy się winem (zwykle był to węgierski "Egri Bikaver" lub "Badacsonyi") - żaden "celebryta" winiarni tej nie raczył zaszczycić swoją obecnością.
Jednak w maju 1973 roku ta zła passa została przerwana...
Otóż przez trzy kolejne wizyty "U Hopfera" widzieliśmy z przyjacielem jak nasz znakomity bywalec salonów literackich i miejsc przeznaczonych do żłopania wina zapijał się niemal do nieprzytomności. Nie był to zbyt budujący widok, jednak gdy wypadki zaczęły toczyć się w nieprzewidzianym kierunku a więc gdy zostałem zaproszony do jego stolika przez niejaką Iwonę - wykonałem ten nieprzemyślany krok...
Cofnę się jednak nieco w tej opowieści, aby naszkicować tło...
Wspomnianą Iwonę, jedną ze stałych bywalczyń winiarni "U Hopfera", poznaliśmy osobiście tego samego dnia. Siedziała ze znajomym przy stoliku, przy którym zwykle z Tadeuszem siadaliśmy, gdy był wolny. Zostaliśmy zaproszeni do przyłączenia się, z czego chętnie skorzystaliśmy, bo tego dnia był spory tłok. Krzysztof M. siedział ze swoimi znajomymi dwa stoliki dalej.
Iwona twierdziła, że jej to wszystko nie bawi, że naokoło wszyscy pijani i.t.d. Ale bywa tu często. I zaczęła się zwierzać; że ma delikatnego, czułego męża, ponoć zbyt delikatnego. Potrafił trzy miesiące z nią spać i niczego nie żądać. To ją wzięło.
Towarzyszący Iwonie artysta malarz, Mariusz, przejął pałeczkę i też zaczął nam opowiadać szczegóły ze swego życia... W "Desie" na Krakowskim Przedmieściu wisi jego obraz. Za 12 tysięcy. Przedstawia Japonkę, córkę kogoś z Ambasady. W łóżku była cudowna. Przez dwa lata. Bardzo mu jej brak. Wszystkie inne to zupełne dno w porównaniu z nią.
Tymczasem Iwona poszła do stolika naszego ulubionego krytyka literackiego i ku mojemu zdumieniu zaczęła po chwili mnie zapraszać. Przysiadłem się. Okazało się, że dobrze się znają. Na tyle dobrze, że w niewyraźnym, pijackim bełkocie Krzysztofa M., kierowanym do Iwony słychać było kilkakrotnie uporczywy komunikat: "pier*** się". Było to coś, co na zawsze mogłoby zniechęcić mnie do "pobożnego" traktowania dotychczasowego guru - jednak to nie był jeszcze koniec jego występu... Wkrótce Krzysztof M. pochylił się w moją stronę i kiwając się wyartykułował dość wyraźną prośbę: "spie******..."
Uczyniłem zadość jego życzeniu :) i wróciłem do swojego stolika. Po paru dniach wpadłem na pomysł, aby na adres Redakcji wysłać do Redaktora Krzysztofa M. opowiadanie, opisujące bezosobowo i beznamiętnie całe zdarzenie. List zakończyłem słowami: "to był Pan, Panie Krzysztofie!".
Jak mogłem się spodziewać - odpowiedzi nie dostałem. Po kilkunastu latach, gdy otrzymałem od swojego przyjaciela w prezencie "Dzienniki" nieżyjącego już Krzysztofa M., miałem jeszcze nikłą nadzieję, iż ten wybitny przecież intelektualista, w swoich wspomnieniach napomknie chociaż o tej - w sumie śmiesznej - historii. Ale znów się zawiodłem...
Komentarze
zaloguj się aby komentować


