Pamiętniki Dobrego Kota i jego zwyczajnego pana - część 4
Pan
Niedziela
Tak na dobrą sprawę to sam nie wiem, jak mi ten piątusiowy wieczór i cała sobota minęły. A tu już niedziela a jutro… Sza! Dopiero 11 rano. Fakt, że nie wyszło, plany były inne. W piątek miałem posprzątać, porobić „ciężkie” zakupy a w sobotę mieli przyjść koledzy… Ale nie przyszli. Komuś coś wypadło i sobota minęła głównie na oglądaniu telewizji, nie licząc krótkiego epizodu ze szczotką i odkurzaczem, w którym powinienem wymienić wypełniony worek, ale to wymaga kupna nowej paczki, trzeba wyjść, znaleźć na półce, zapłacić… lepiej po cichu odsypać nieco z worka do kubła i koniecznie przykryć to jakąś gazetą. No, ale na szczęście dziś przyjdą! Zawodowcy! Żona ma spotkanie z koleżanką, kino jakieś czy co, te ich nieskomplikowane babskie sprawy. A tu będzie świetnie. Pogadamy o ciekawych sprawach. Jest z kim! Ludzie świetni, inteligentni, na poziomie. Stanowimy wspaniałą i zgraną paczkę. Może w coś pogramy? Obejrzymy na DVD? Będzie fajnie. Żona wyszła. Córka wyszła. Zaraz sobie wprowadzę kieliszeczek na poprawę samopoczucia i wyjdę po niezbędne zakupy.
Przyszli nawet punktualnie, ostatni Karol, kwadrans po 18…
Kot
Niedziela
Wczoraj zobaczyłem coś strasznego. On mu w jelitach grzebie! Łysy stary kocur temu wężowi. Wiem dlaczego do tej pory robił to sam, widocznie nie chciał się z nikim podzielić. Wie, co dobre. Wąż zjada wszystko co stare, co ma ten wspaniały śmietnikowy zapach i smak. A on to wybiera, wczoraj zapomniał zamknąć drzwi od kuchni i zobaczyłem. On go rozpruwa łapami a potem bierze te jelita i… sam nie wierzyłem swoim oczom a mam przecież świetne - on wygrzebuje z jelit samo dobre i wyrzuca do kosza!!! A potem kładzie gazelę, może gazetę. Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Byłem nawet blisko, ale nie zdążyłem - nasyczał na mnie i odpędził a potem zamknął kosz. A to oznacza koniec nadziei, bo ten kosz to kupili niedawno i jest taki, że się dla mnie nie otwiera. Na razie. Pracuję nad tym. Z poprzednim też nie było lekko, ale dawałem sobie radę.
A potem to Kocica wyszła i zostało jego Młode. Ale też sobie poszło i on wtedy od razu otworzył jego wielki koszyk, na nim śpi, i wyjął okrągłe, suche i błyszczące, w środku chlupie. Butelka to jest. On to zawsze zagrzebuje w koszyku, górny prawy róg, pod poduszką i stertą starych skarpet. On otworzył i wylał do kiekiszka czy może kieliszka takie ostro śmierdzące, choć białe jak woda. Resztę wstawił do białego zimnego, zaśmiał się dziwnie, wypił od razu śmierdzące, nachuchał na mnie aż mi oczy zaszczypały, ubrał się i poszedł. Upolował coś niedaleko, bo prawie zaraz wrócił. Mięso upolował! Rzucił mi spory kawał, szkoda że niepocięty. Kocica i Młode mi zawsze tną na drobniejsze. On też, ale dzisiaj nie, tylko zaczął wyjmować z torby kolejne okrągłe błyszczące i wstawiać do białego, lokówka albo lodówka to nazywają. Zimne jest.
A potem przyszli obcy. Schowałem się za jego dużym koszykiem. Nie lubię ich. Taki wysoki, jak mnie widzi to zawsze śpiewa „gdy ci kot przebiegnie drogę nie mów że to pech, wyrwij kotu z dupy nogę - będzie biegł na trzech” i wszyscy się śmieją. Ja tego do końca nie rozumiem, ale to rozumiem, że się ze mnie śmieją, nawet łysy wtedy też.
Obcy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego tak że musiałem po cichu wybiec i ukryć w garderobie. Ona też się nie da otworzyć, ale ja umiem, tylko tego nigdy nie pokazuję. Tak na wszelki wypadek.
Oni brzęczeli bardzo takimi kieliszkami ze śmierdzącym i krzyczeli i się śmieli. Cała jego nora śmierdziała tym ostrym bardzo. No i wszyscy ogniowali i było strasznie dużo dymu. A potem jak zaczęło wszystko spadać to oni się śmieli głośniej a jak ja coś zawadzę to krzyczą. A potem zaczęli chodzić wszyscy do kuwet. Bez przerwy. I zaczęli leżeć, ale wciąż wstawali i pili ostre i śmierdzące. I znowu leżeli. I się śmieli. Już nie mówili. A potem się zrobiło ciemno i przyszła Kocica. I oni zaczęli się skradać do wyjścia, nawet prawidłowo, przy ziemi. I powychodzili wreszcie a Kocica zaczęła chodzić ze ścierką więc ja znowu uciekłem do garderoby.
TYDZIEŃ DRUGI
Pan
Poniedziałek
NIGDY WIĘCEJ, PRZYSIĘGAM, NA WSZYSTKO PRZYSIĘGAM. ZERO PAPIEROSÓW, ZERO WÓDKI, ZERO WÓDKI I PAPIEROSÓW. Boże, dopiero 10 a mój łeb mało nie eksploduje. Wczoraj, na nas pięciu, poszło chyba… boję się napisać… kolejny głupi rekord. No dobra, było minęło, bolesne, ale doświadczenie, po tym poznać mądrego człowieka, tym się taki różni od głupiego zwierzaka, że owszem, popełnia błędy, ale wyciąga z nich stosowne wnioski. Wiem, aż za dobrze wiem, że nie warto, że jest to i niepotrzebne i głupie, mało, jest to szkodliwe. Ale wiem też, że dzięki temu doświadczeniu, dzięki wczorajszemu przekroczeniu wszystkich możliwych granic - taka historia więcej się nie zdarzy. NIGDY. Ot co! Tylko żeby ta głowa tak przestała łupać. I ręce drżeć. I w ogóle to mi strasznie niedobrze. Do tego jakaś infekcja błony śluzowej ust - mam taki metaliczny posmak. Przy przełykaniu też mam kłopoty, jak najszybciej trzeba pójść do lekarza… Po cholerę nam była jeszcze ta Beherovka? I to 0,7… Likier też cały poszedł, a przecież tego się nie da pić, takie słodkie…
Muszę dziś po pracy kupić ogromny bukiet kwiatów żonie, na przeprosiny. Podobno było co sprzątać… Ja nie byłem za bardzo w stanie jej pomóc, to znaczy bardzo chciałem, ale ona jak zwykle nie chciała. Taka „Zosia Samosia”…
Spóźniłem się dziś dobre pół godziny, ale szef to jedno rozumie - poniedziałek jest tuż po niedzieli a w niedzielę bywa różnie. Cholera gdzieś zgubiłem portfel, może zapomniałem wziąć z domu? Muszę pożyczyć forsę od Karola, dobry kumpel.
Kot
Poniedziałek
Ucichło dobrze po północy. Wiem, kiedy jest północ, koty znają się na nocnej porze. Potem Kocica jęczała i dużo nim ruszała, bo on tak dziwnie i głośno warczał i bulgotał. On tak zawsze, jak weźmie dużo śmierdzącego. Jak poruszała nim to on przestawał, ale na krótko. Potem znowu warczał i bulgotał, do rana. Rano poszedł od razu do kuwety. Mnie nie wpuścił. Dużo jęczał i spuszczał wodę raz za razem. Bardzo śmierdziało. A ja chciałem siku, ale on nie wpuszczał. A jak wyszedł to był nago! Wszedł w garniturze i krawacie a wyszedł nago, cały mokry! Wodował się??? Przecież w tej jego zience, czy łazience nie ma rury z wodą, jest tylko umywalka. A on cały mokry. Usiadł i przysnął. Potem wstał i bokiem i tyłem wszedł do kuchni, nasypał sobie do swojej miski moich chrupków, potem je rozrzucił po drodze jak niósł do stołu a potem usiadł, znowu zasnął, wstał i zrobił herbatę, wsypał trzy łyżeczki białego zamieszał wypił i natychmiast opluł tym całą kuchnię krzycząc „sól” więc zaczął pić z kranu i pił długo a potem znowu wrócił do kuwety. Wreszcie wyszedł.
Pierwsza przyszła Kocica i przez małe co z niego słychać (norka czy komórka to się nazywa) powiedziała do Młodej, żeby jeszcze została tam, gdzie jest od wczoraj, bo w mieszkaniu jest straszny blunder i od samego widoku robi się niedobrze. Zacząłem wówczas miauczeć, bo od rana nikt mi dziś jeść nie dał, owszem zjadłem porozrzucane chrupki, ale do miski nikt mi niczego nie nasypał! Ale ona tylko machnęła łapą i wyjęła znowu węża i komplet żółtego ze szczurem. Łysy ma rację - poniedziałki są okropne!
Potem przyszedł on, umie się skradać! I jakoś tak cicho było. A potem ona miała dużo mokro w oczach a on bez przerwy przepraszał i przysięgał. Długo. I wreszcie wyjął cudowny prezent, nie spodziewałem się tego… po tym wszystkim… Pamiętał o mnie. Zacząłem mu dziękować, wyprostowałem ogon jak świecę, łasząc się zacząłem koło niego tańczyć a on, skromny taki, nawet niby na mnie nie spojrzał. Kocica wzięła mój prezent i włożyła do takiego przezroczystego dużego i ciężkiego. I postawiła w swojej norce, nie szkodzi. A potem siedli bo on powiedział, że mu już puściło i by coś zjadł.
Zostawiłem ich pogodzonych w kuchni i pobiegłem do mojego prezentu. To był ten najciekawszy - łodygi zielone ale z kolcami, trzeba uważać, ale da się przegryźć. A u góry czerwone i pachnące i miękkie, cudownie się to daje rozedrzeć na strzępki. I do tego, po zabawie nie trzeba biec do miski po wodę - woda jest na dole, w przezroczystym i ciężkim! Poniedziałki wcale nie muszą być złe - pomyślałem sobie i wziąłem się do pracy. Kocica jednak źle ułożyła prezent, wyciągałem właśnie ze środka prześliczną złoto-czerwoną tasiemkę gdy się okazało, że razem z nią wyciągnął się cały prezent, który poruszył dużym i ciężkim przezroczystym. I to spadło ale się nie podzieliło i wylała się woda. Nawet nie zdążyłem wiele upić, gdy przybiegli oboje i zaczęli krzyczeć.
Więc już sam nie wiem, jak to jest z tym poniedziałkiem…
Komentarze
-
-
..ale jest takie powiedzenie starożytne, że pies na człowieka patrzy z dołu, kot z góry, a świnia z tego samego poziomy, co oczywiście ni jak się nie ima jako komentarz merytoryczno jakiśtam. A pechem to jest się mieć urodziny w świeto kota, samemu większą sympatię wilkom okazując, niźli inszym zwierzętom....ło i tyle.....
Adam Czaplarski 23.02.2010, 12:33
zaloguj się aby komentować



Kiedys to sie nazywalo "personifikacja zwierzat", teraz chyba one sa madrzejsze od nas. Bardzo fajne opowiadanie.