Odkrywam Amerykę, czyli czemu ubezpieczenia samochodowe są wciąż drogie?
Motto
Będzie Pan zadowolony…
Dlaczego ubezpieczenia samochodowe są wciąż drogie?
Przyczyn jest wiele. Ja zajmę się tutaj jedną z nich, opisując trzy podobne historie. Ponieważ jeżdżę samochodem a wypadki chadzają po ludziach - z góry zastrzegam że „opiszę tu trzy wymyślone historie a wszelkie podobieństwa do osób i firm rzeczywistych są wyłącznie przypadkowe”.
Historia Pierwsza (z dziesięć lat temu)
Osoby: Kierowca, Pracownik serwisu, Pan Tadzio, pracownik firmy ubezpieczeniowej
Piękny i świeży samochód marki… nieważnej. Letnia jazda w dużym upale, za miastem. Z podległej drogi, mimo wypukłego lustra, znaku stop, obecności policjantów stojących przed przylegającą do skrzyżowania Komendą - miejscowy i nawet miły kierowca wyjeżdża opowiadającemu tę historię Kierowcy prosto pod koła. Maluchem wyjeżdża, z czterema osobami na niewielkim przecież pokładzie. Maluch to dobry samochód, bardzo bezpieczny i mocny, ale w starciu z Passatem marki nieznanej przegrywa w pierwszej rundzie (wyrwany uderzeniem silnik Malucha ląduje kilkanaście metrów od niego). Na szczęście nikomu się nic nie stało choć poszło dosłownie o centymetry. Nieznanej marki auto ma uszkodzony przód, błotnik, lampy, zderzak. Mogłoby nawet jechać dalej gdyby nie zniszczone wspomaganie. Po rutynowych czynnościach policji (test balonikowy obu kierowców, opis wypadku, podpisanie mandatu przez kierowcę Malucha) - Drugie Auto zostaje odholowane do Warszawy, do Renomowanego serwisu. W uszach Kierowcy brzmi wciąż nie tyle głośny huk stłuczki, co odpowiedź miejscowego kierowcy na pytanie policjanta „czemu Pan wyjechał prosto pod koła Auta Marki Nieznanej z drogi podporządkowanej?”. Odpowiedź brzmiała „sam nie wiem, może dlatego że trzeźwy jestem i gorąco było”…
W Warszawie w siedzibie firmy ubezpieczeniowej koszmar, setki petentów… ale serwis przecież renomowany, pomaga we wszystkim. Towarzyszący Kierowcy pracownik serwisu szybciutko wyłuskuje z kłębowiska ciał odpowiedniego człowieka, nazwijmy go… panem Tadziem i załatwia cały interes w dwie minuty. Stoją obaj przezornie dalej, ale Kierowca słuch ma wyjątkowo dobry - „tylko aby nie przekroczyć … procent wartości samochodu”… Żadnych oględzin (samochód w warsztacie, biuro ubezpieczalni zupełnie gdzie indziej), zdjęć, pisania, rysowania, NIC. Wygoda. Byle tylko mniej niż … procent wartości samochodu…
KIEROWCA auta marki nieznanej nic z tego nie rozumie, ale nie musi. Po kilku dniach Variant (combi) wygląda jak nowy, nikt się nie domyśli, że był kiedykolwiek „robiony”. Kierowca zadowolony, warsztat też no i pan Tadzio - na pewno. Wszystko bezgotówkowo, z konta OC sprawcy.
Mija parę miesięcy i dziwnym zbiegiem okoliczności Kierowca „natyka się” na kosztorys naprawy (świat jest mały, z renomowanego warsztatu odchodzi ktoś, kto okazuje się być dawnym kolegą klasowym Kierowcy, przed odejściem robi kopię kosztorysu)… Oprócz zderzaka, lampy i układu wspomagania na liście wymienionych części dopisano wszystko co się tylko dało. Ale nie więcej rzecz jasna niż … procent wartości samochodu. Zdaje się, że powyżej tego procentu firmy ubezpieczeniowe nie zgadzają się na naprawę i wnioskują złomowanie.
Historia Druga (ze trzy lata temu)
Kierowca w roli świadka, Pracownik serwisu, Pan Olek, pracownik firmy ubezpieczeniowej
Inny warsztat, inna marka. Niech będzie piękna i świeża i… Niessnana. Nasz (ten sam) Kierowca czeka na odbiór swojego auta. Podjeżdża inny klient, który nie wchodzi do Recepcji (automat do kawy, napoje, fotele, klimatyzacja), ale prosto jak strzelił wchodzi „na warstat". Wychodzi z pracownikiem. Bez skrępowania ustalają - „ten z ubezpieczeń będzie za 20 minut, ale to jest Olek, on jest w porządku. Zrobimy tak, żeby wyglądało jak w opisie, zdążymy”. Makijaż auta tak, aby „wyglądało jak w opisie” trwa trzy minuty i cztery lekkie, wystudiowane uderzenia łomem w ustalone miejsca. Szkoda na dwa, może trzy tysiące złotych przeradza się w szkodę na tysięcy kilkanaście, można tak, bo samochód jest nowy i części koszmarnie drogie. Pan Olek, który jest w porządku, też wie o co chodzi i tylko tak na wszelki wypadek spóźnia się umówiony kwadrans. Części się wymieni na nowe, stare odpowiednio poprawi i będą wszyscy zadowoleni.
Historia Trzecia (miesiąc temu)
Kierowca, Pracownik serwisu
Zima, wszyscy liczą na firmy odśnieżające, firmy te liczą na koniec zimy (jak dawniej za czasów liczyło tzw. MPO - na Może Przyjdzie Odwilż). Kierowca uszkadza zderzak. Obaj na trzeźwo (zderzak i Kierowca). Przy skręcie na zaśnieżonej osiedlowej drodze z „lodem pod spodem” tuż przed wjazdem do garażu kolejne auto marki Niessnanej trafia w… przeszkodę. Trafia z prędkością 5, może 8 km/h. Zderzak mimo to rozpada się na dwa spore kawałki. Zderzak wymieniany w jednej stacji przed rokiem, potem poprawiany w drugiej. Ta druga (stacja) stwierdziła, że ta pierwsza założyła zderzak wcale nie nowy, ale stary i poklejony. Więc się teraz rozpadł. Ale reszta jest w najzupełniejszym porządku. Obie stacje renomowane.
Kierowca jedzie do kolejnej renomowanej stacji, innej niż w historii drugiej. Przezornie nie mówi JAK ma zamiar rozliczać naprawę. Zaczyna od zapłaty gotówką, z kieszeni. Pracownik serwisu szybko wycenia - zderzak, zaczepy, lakier… maksimum „dwa sześcset”. „Bo płaci Pan z kieszeni?” upewnia się. Kierowca potwierdza. Światła działają, spryskiwacz reflektorów też, światła przeciwmgielne też… czyli „tylko” 2600. Ale Kierowca nagle zmienia decyzję - po jaką cholerę co roku płaci kilka tysięcy za OC i AC. Owszem zniżkę diabli wezmą, przez kolejne dwa lata AC/OC będzie droższe ale i tak nie będzie to 2600 złotych. Pracownik serwisu kiwa z dużą aprobatą swoją serwisową i mądrą głową. „Zatem robimy z AC?”. Robimy. Formalności trwają chwilę i wcale nie bolą…
Po kilku dniach piękna i świeża Primera marki nieznanej wygląda jak nowa, nikt się nie domyśli, że była kiedykolwiek „robiona”. Kierowca zadowolony, warsztat też. Wszystko bezgotówkowo, z AC Kierowcy. Czasy jednak się zmieniły - Kierowca dostaje kopię rachunku za naprawę, za jaką zapłaci firma ubezpieczeniowa. Rachunek opiewa teraz na… 10 500 złotych i zawiera zestaw reflektorów (ksenony są drogie, prawie 5 000 zł), reflektor przeciwmgielny, kratka, spryskiwacz, zaczepy, spinki, parę innych części i ten, jak to się nazywa… zderzak. Kierowca czuje się, jakby ktoś go zrobił w trąbę. Czuje też, że teraz, po fakcie, nic nie może w tej sprawie zrobić. Pracownik serwisu uspokaja - proszę mi wierzyć, te części naprawdę zostały wymienione. Niech pan sprawdzi. Kierowca sprawdza. Owszem, są wymienione, są nowe.
Tylko po co?
Głupi Kierowca, że nie wie.
Po to, aby kierowca był zadowolony, bo ma w kilku miejscach jeszcze nowszy samochód, warsztat lipy nie odstawia. Wyjęte zaś z auta i całkowicie sprawne części, po ich oczyszczeniu znajdą innych nabywców. Jako okazyjne części, za 80%, może za połowę ceny normalnej… Więc i warsztat będzie zadowolony.
I firmy ubezpieczeniowe będą zadowolone, umieją przecież liczyć. Po prostu systematycznie podnoszą stawki, bo nie mogą nie wyjść na swoje. Nikt do niczego nie będzie dopłacał…
Dopłacamy. My wszyscy. Większymi stawkami
Opisywana tu Przyczyna jest jak widać prosta i zrozumiała choć problem - niełatwy do pokonania. Jedyna metoda to chyba wizyta PRZED jakąkolwiek naprawą u rzeczoznawcy, może też w obecności przedstawiciela policji, sądu, adwokata i prokuratora, staranne oględziny auta, oznakowanie wszystkich części, ich sfotografowanie i sporządzenie pełnej dokumentacji szkody i wszystkiego tego, co się w razie czego w sądzie przyda…
A dopiero potem wizyta w warsztacie, naprawa, odbiór i konfrontacja.
Sprawa jest do wygrania. Ale ten, kto się zdecyduje na takie kroki musi się przecież liczyć z tym, że potem, w razie stłuczki, czy wypadku gdzieś ten samochód naprawić musi. I nie będzie to u rzeczoznawcy czy w policyjnym warsztacie…
Komentarze
zaloguj się aby komentować



...ale to jeszcze nic, w Niemczech jak się kupuje np. Mercedesa, to on ileśtam ma gwaracji i ubezpieczenia. Ale jak wjeżdża do Polski to np. amortyzatowy, jak im się cóś stanie, to przestają je obejmować umowy gwarancyjne. To samo z silnikiem, bo paliwo w polskich stacjach nieco insze jest niźli tam i też fajnie jest.
Oczywiście, to co piszę nie jak się ima do temetu, ale i tu i właściciw wszędzie ubezpieczyciele tak knują, by im jak najwięcej zostawało w kieszeni a nie klientom......tyle.....