Pamiętnik Dobrego Kota i jego zwyczajnego pana
Pamiętnik Dobrego Kota i jego zwyczajnego pana
Ludzie piszą pamiętniki. W zeszycie, albo w komputerze. Potem zeszyt gubią a komputer ulega awarii i ludzie gorzko płaczą, że przepadł ich ukochany pamiętnik w którym było tyle niepowtarzalnych i pięknych zapisów, choć i tak po kilku latach by do niego nigdy nie zajrzeli. Koty nie umieją pisać, ale są za to dosłowne - koty PAMIĘTNIK ZAPAMIĘTUJĄ. Od początku do końca. Dlatego tak długo i tak często śpią. We śnie bowiem przypominają sobie swój pamiętnik i porządkują go, od początku do końca.
TYDZIEŃ PIERWSZY
Pan
Poniedziałek rano.
Znowu ten cholerny poniedziałek, już wczoraj od 17 o tym myślałem. Piątek jest cudny, piąteczek, piątuś, piątuniek, piątulka. Piątek po siedemnastej. Wówczas przede mną piątkowy wieczór, cała sobota i… kawałek niedzieli. Bo popołudnie niedzielne to już mam zawsze zepsute. A poniedziałek rano - to koszmar. Dziś budzik robił co mógł, ale wstałem i tak po kwadransie. I jak zwykle, jak cholernie zwykle - z gazetą do WC a potem prysznic. A potem te wiecznie głodne kocie oczy. Nalałem mu wody na odczepnego i wyszedłem na balkon, na papierosa. Strasznie ciężko jest w poniedziałek zrobić cokolwiek, jakby z definicji nic mi się nie chce.
Po papierosku powrót do kuchni, kot nie daje spokoju, tańczy koło nóg, więc chcący nie chcący musiałem się schylić (w poniedziałek rano!) i nasypać mu do miski tych jego cholernych chrupków, może chrupek, są dwie szkoły. Pewnie by wolał surowe mięso, ale dzisiaj mięsa nie ma, może jutro mu kupię. I sobie coś kupię na ulubionego tatara (z ogóreczkiem, pieprzem, solą, żółtkiem, cebulką, palce lizać) albo w ostateczności gotową „metkę”. Dałem to kiedyś kotu do spróbowania i owszem, delikatnie jak zwykle wziął do pyszczka, nawet przełknął, ale już po tym pierwszym kawałeczku miał dosyć. Widać za ostre a ponadto koty nie cierpią cebuli.
Kot
Poniedziałek rano
Duży, dziwny i łysy kot jak zwykle miał kłopoty ze wstawaniem. Ten cholerny wynalazek co tak koszmarnie hałasuje i służy do budzenia skrzeczał i prychał przez długą chwilę (wystarczyłoby na trzy miski chrupek, może chrupków, duży twierdzi, że są dwie szkoły) a on leżał, stękał, miauczał jakieś swoje „nie, Panie Boże, nie, nie teraz, błagam, nie, nie tutaj, nie ZNOWU…” a potem nieco rozbudzony wysyczał „Jednak ZNOWU” i chyba nawet załkał.
Potem poszedł zamiast do MOICH misek (obie puste!) do tej swojej białej i wysokiej kuwety z przykryciem i czytał jakieś szeleszczeństwo z czarnymi znaczkami. Nie rozumiem tych dużych i dziwnych kotów - ja gdy wchodzę do kuwety to po to, aby się wysikać albo zrobić kupę. A on siedzi i szeleści. Zdaje się, że to się gazela nazywa. Albo pegaza… może gazeta, coś w tym rodzaju. Znowu minął długi czas gdy wreszcie coś tam zrobił. Poszedł potem prosto do misek? Gdzie tam - zaczął się WODOWAĆ. Ten duży kocur i ta jego cała rodzina w ogóle nie myją się po kociemu, normalnie liżąc łapę a potem czyszcząc nią futerko tylko wchodzą pod sikającą z błyszczącego sitka wodę!!! Wodę się pije! Jak nie ma mleka. Ale żeby kapać to na własne futro? Potem wychodzą z takiego deszczu zupełnie bez zapachu!!! Gorzej, duży śmierdzi jakimiś dziwnymi zapachami, tak silnie, że gdy zamknę oczy, to nie wiem, czy to w dalszym ciągu on, czy może to COŚ innego, coś, bo na kota to mi już nie wygląda. Dobrze że oprócz węchu mam oczy, więc nie uciekam przed nimi, jak wychodzą z deszczowni.
Wreszcie doszedł do misek. Najpierw nalał wody. Dziękuję, TEŻ potrzebna. A potem znowu polazł sobie, tym razem na balkon i zaczął ogniować i smrodzić. W jedną przednią łapę bierze lekki kawałek siana lub wysuszonej trawy w białej bibułce, w drugą coś kolorowego, co się fajnie z parapetu strąca a potem można to łapami wbić pod dywan albo pod komodę, bierze to kolorowe i robi coś pazurami, tak, że nagle bucha ogień. Stoi przy tym na łapach tylnych, przez większość czasu tak stoi, on i jego rodzina, wszyscy. I ogniem tym zaraża trawę i wsuwa do pyska! To jeszcze nic! Potem wydycha kłęby dymu i mruczy przy tym zawsze coś takiego, jak „to już na pewno ostatni”. Śmierdzi okropnie, jak zawieje to w oczy szczypie, ale jemu to zupełnie nie przeszkadza. Szanuję go za to - nie boi się ognia, czego boją się wszystkie zwierzęta. Wychodzi na to, że jest najważniejszy spośród zwierząt. Więc miauczę cichutko, troszkę grucham, a on swoje.
No, ale wreszcie koniec. Idzie do kuchni i nareszcie sypie mi w drugą miskę moje ukochane ciasteczka. Patrzę na niego i daję mu do zrozumienia, że jak chce - to proszę bardzo - może troszkę ujeść. Ale On NIGDY nie chce. Nawet do pyska nie bierze. Surowego mięsa też. Czasem owszem, ale tak dziwnie pachnące, takie ostre i palące, że ja dziękuję ślicznie. On to je. Surowego prawdziwego mięsa bym mu jednak nie dał, żal mi by było, po prostu je uwielbiam. Ale chrupki? Smaczne i zdrowe i jest ich dużo i gryzą się świetnie. Więc niech chociaż spróbuje… Nie chce.
Pan
Wtorek
Troszkę lepiej, zbolały umysł zapisał pozycję „poniedziałek” w rubryce „zaliczony”, nie licząc więc dnia dzisiejszego pozostaje środa, czwartek i… trzy czwarte piątku. W sumie - dwa przecinek siedemdziesiąt pięć… Ale to tylko oszukiwanie samego siebie. Cztery dni jak nic, cudów nie ma. Na dworze jesień, więc po porannym WC, prysznicu i papierosku, po nakarmieniu wiecznie głodnego kota, zawsze twierdzącego swoim zachowaniem i wyrazem kocich oczu zawodowego mordercy, że „ten kot nic nie jadł od przynajmniej dwóch tygodni” przed wyjściem musiałem wyciągnąć palto z szafy. Chłodno już, zwłaszcza rano. Wczoraj w pracy urywanie głów. Nasz szef po raz kolejny okazał się skończonym dupkiem. Wkurzył nas wszystkich. Więc po pracy kupiłem sobie butelkę dobrego wina, pen-drive’a 4 GB i kawał mięsa, będzie na obiad dla całej rodziny, kotu da się powykrawane żyłki i jakieś małe kawałki. Dzisiaj będzie lepiej, bo tego palanta szefa nie ma - wyjechał na sympozjum.
Kot
Wtorek
Potem on nakłada na siebie jakieś dziwne rzeczy i wychodzi. Na początku byłem zdumiony, ale potem zobaczyłem, że u niego rzeczywiście futra to naprawdę resztki. Strasznie rzadkie w dodatku. Długie włosy, ale wcale nie gęste. Żadnego wzorku, pręg czy plamek. Na łbie ma nieco więcej, kiedyś podobno miał zupełnie dużo, ale też tylko na łbie! Pewnie chorował. Na przednich łapach ma nieco-nieco, na tylnych też, chyba nawet więcej. Więc musi być mu wciąż zimno - dlatego nakłada na siebie te różne kawałki.
Wczoraj wrócił późno, zmęczony jakiś taki i kwaśny. Zdziwiłem się niezmiernie. Jak to - ON kwaśny, on, który upolował gdzieś przepiękny kawał mięsa. Szkoda, że nie przyciągnął całej zdobyczy ale ją poszarpał po upolowaniu i przyniósł tylko spory czerwony kawał. Dlaczego on nigdy nie przynosi całych ofiar? Wstydzi się? Patrząc po rozmiarach tego mięsa to ofiara musiała być duża. Na pewno nie mysz. Nawet nie szczur. Coś znacznie większego. Ptak też nie, bo bym wyczuł. Więc co? Duże i mięsne… Może kiedyś przyciągnie… Pokazałbym mu jaka to przyjemność obgryzać kości, pierze, pazury, ścięgna i żyłki, rozrywać skórę… mmm, wszak jestem drapieżnikiem, „urodzonym mordercą” jak on mnie nazywa. Bo mam wspaniały wzrok, obłędnie czuły słuch i węch oraz umiem skradać się zupełnie bezszelestnie. No i mam „narzędzia” - ostre jak żyletka pazury, we wszystkich czterech łapach. I umiem posługiwać się wszystkimi. Zęby też w porządku mam. Ale on też musi być niezły, skoro co jakiś czas przynosi taaakie mięso. Cenię go za to.
Komentarze
-
-
To jest moje :))))) Ja sie tak nie bawie
Ewa Wiktoria Redel 01.02.2010, 22:30 -
Panie Grzegorzu, odnalazłem brata bliźniaka Dobrego Kota :)
Romuald Bartkowicz 02.02.2010, 10:49 -
Pani Ewo, to JEST Pani (nie na tym zdjęciu z kotem, Broń Boże!) w takim sensie, że KAŻDY kot "pisze" w swoim tajemniczym móżdżku swój pamiętnik. Trzeba tylko zadać sobie nieco trudu, nauczyć się kociego (jak się zna już jeden, dwa języki obce - jest to zupełnie łatwe) i spisać.
Mam nadzieję, że pojawi się kiedyś antologia.
Grzegorz Morkowski 05.02.2010, 16:55 -
Panie Romualdzie - dziękuję. Tych... łobuzów (nazwijmy rzecz po imieniu) jest masa. Tych braci bliźniaków nie wiadomo z jakiej mamy ani z jakiego taty. Zachowują się podobnie - robią wszystko tak, aby nam się zdawało, że to do nas należą decyzje i decyzji tych skutki. A jest dokładnie odwrotnie. Podziwiam je.
Grzegorz Morkowski 05.02.2010, 20:33
zaloguj się aby komentować



Widziałam, że to będzie właściwe miejsce! Grzegorzu, gratuluję:) i czekam na cdn.