Pamiętniki Dobrego Kota i jego zwyczajnego pana - część 3
Pan
Piątek
Wreszcie piątek, piątusio, piątulka, piątuleleńka… czy ja się aby nie powtarzam? Może i tak, ale Piątek jest naprawdę wspaniały, od samego rana. Co prawda szef idiota, właśnie w piątek jest w stanie zrozumieć (wyjątkowo) akurat to jedno, że to nas wszystkich cieszy, więc często, cholernik jeden, przetrzymuje nas dobrze po godzinach, po to tylko, aby się nacieszyć naszą złością. I żeby jeszcze nie miał rodziny, ma! Ale jakoś się mu do niej i pewnie tej rodzinie do niego - nie spieszy. Karol, kolega z sąsiedniego biurka, kiedyś widział go z tą jego żoną, w Galerii Mokotów, czy coś takiego, i następnego dnia, wciąż mocno wstrząśnięty, upadł przed nami na kolana i wypowiedział te słynne słowa - „przebaczcie mu, wszystko mu przebaczcie. I nie pytajcie o nic, po prostu mi uwierzcie - temu człowiekowi należy wszystko, ale to wszystko wybaczać”. Karol cichy i zamknięty jest, żaden plotkarz, więc poza faktem spotkania państwa szefostwa razem - nie udało się z niego nic innego wyciągnąć, ale myśmy zrozumieli co trzeba. Co nie zmienia faktu, że gdy w piątek właśnie, na 10 minut przed końcem pracy nasz szef oznajmia, że ma z nami jeszcze bardzo ważną sprawę do przedyskutowania … szlag nas trafia równo i kiepsko nam idzie z tym wybaczaniem. Po godzinie takich nadgodzin nawet Karola skręca. A dziś szef przeszedł samego siebie - przytrzymał nas dwie i pół godziny! Wróciłem wściekły do domu, odepchnąłem nogą kota, który jak zwykle chciał aby go wziąć na ręce i podrapać. Byłem pełen czarnych myśli na temat celowości życia. Celowości mojego życia i życia w ogóle. Jest przecież jedno a mija tak często zupełnie bez sensu. I tu spojrzałem na kota i zadałem sobie pytanie - jaki jest sens jego życia? Na dziko tak - poluje, dba o równowagę w przyrodzie, mnoży się, eliminuje chore lub mniej sprawne myszy czy inne żyjątka, skutecznie poprawiając ich genotyp… Ale w domu? Moje rozmyślania przerwał jakiś dziwny łomot, pewnie u sąsiadów. Po chwili usłyszałem łomot następny, ale dalej nie chciało mi się za bardzo wstać. Wstałem natychmiast, gdy usłyszałem wyraźny brzęk tłuczonego szkła… W pokoju córki na dywanie leżał, w plątaninie kabli głośnik, który najwyraźniej SAM spadł z półki. W pokoju żony na podłodze leżał Wielki Słownik Webstera a kuchnia była pełna odłamków szkła, na jakie zmienił się ozdobny słój udający wazon, czy też wazon udający słój. Równie ozdobne pnącza czy kłącza, przywiezione z wąwozu w Kazimierzu zawisły na kablu elektrycznego czajnika, w pół drogi między podłogą a najwyższą półką, byłym miejscem postoju słoja. Nie muszę dodawać, że kota nagle zabrakło. Szlag mnie trafił spory a potem rozpacz - nawet krzyknąłem głośno z nutką bólu i zawodu „ZNOWU???”. Wziąłem szufelkę i szczotkę i zacząłem sprzątać… Potem umieściłem na swoim miejscu słownik i głośnik. Przy okazji rozwiązałem problem mini-wieży u córki. To nie wzmacniacz ani odtwarzacz CD. Głośnik, który od paru dni tak dziwnie charczał miał do tego pełne prawo - jego membrana była w strzępach, byle śledczy od razu by doszedł do wniosku, że poszarpania spowodowało coś ostrego - żyletka, sztylet lub koci pazur. Na obrzeżach większych dziur widać było wyraźne ślady, niech zgadnę, kocich zębów…
Kot
Piątek
Świat jest w ogóle dziwny i często zastanawiam się nad jego sensem, sensem istnienia świata i sensem życia. MOJE mieszkanie to cztery pokoje, pełne fajnych zabawek, dwie łazienki - w jednej ich kuweta i bardzo duża miska na… wodę, ale tę do pryskania na ciało, w drugiej MOJA kuweta i jego kuweta, poza tym pozakręcany przedpokój i niezwykle ciekawa i atrakcyjna kuchnia. Nazwy powtarzam za nimi, oni to tak nazywają, dla mnie to kilka ogromnych nor, w których codziennie sprawdzam, czy nie ma tam przypadkiem szczura. Gdyby był - byłby mój i byłby martwy. To mój obowiązek, sprawdzać, czy nie ma szczura i jakby był - zabijać. Dzięki temu wszyscy są tutaj bezpieczni. Ale oni nie za bardzo to rozumieją i doceniają. Czasem ze śmiechem mówią do mnie „Co? Nie ma szczura? Dzielny kot, dobry kot”. Ciekawe, czy by tak żartowali, gdyby nagle szczur się pojawił…
W tych dużych norach jest jeszcze sporo innych, mniejszych nor. Te też muszę co chwila sprawdzać. Szczur może być wszędzie. Szczur jest niebezpieczny, to nie to, co zwykła mysz, której też (wiem to dobrze) zwłaszcza te obie duże kocice, Stara i Młoda, się strasznie boją.
Skoro nie ma szczura a ja muszę wciąż być w formie - trenuję na czym innym, tak naprawdę - na czym popadnie. Muszę być czujny, silny i sprawny. A poza tym, mimo iż mam już dwa lata - wciąż lubię się bawić. Zabawa uczy - to jest nasza wielka kocia tajemnica, nasze wspaniałe hasło. Oni zdaje się też są tego samego zdania. Więc przy każdej okazji staram się bawić razem z nimi. Poganiać, poudawać straszną walkę na śmierć i życie. Często oni mnie nie rozumieją i sądzą, że chcę „na rączki”. Owszem to też miłe, ale nie aż tak. Wolę sam nieco podrapać, pogryźć, zaczaić się albo ich upolować. Dziś ten duży łysy był zdecydowanie nie w sosie, mimo iż rano był bardzo wesoły. Na moją propozycję zareagował nieładnie - odepchnął mnie tylną łapą. Nie będzie gonitwy. Trudno. Pozostały mi zabawki. Niestety większość ich zabawek jest nieruchoma. Niewielki to kłopot, bo jak się coś samo nie rusza a jest wysoko, to jedną łapą można to coś uruchomić. Spada wówczas i się zabawnie odbija, niemal jak żywe. I wtedy można to upolować. Czasem trzeba na to coś skoczyć nieco z boku, wbić w locie pazur i opaść razem - jeszcze większa frajda. Zabawek mają dużo, w każdej dużej norze. Niektóre wybrakowane. Spadają i dzielą się na części. Dużo części. Małych i często ostrych. Żadna przyjemność. Na szczęście oni to też rozumieją i zaraz jak tylko przestają krzyczeć, to sprzątają te małe ostre żółtym płaskim i dużym martwym sztucznym szczurem - taki kijek, który ma sporo ostrych, prawdziwie szczurzych czarnych i grubych włosów. I wtedy to dopiero zabawa. Ruszają się oba - żółte płaskie mniej, ale za to szczur zupełnie szybko. Duże koty to bardzo lubią, tak bardzo, że odpędzają mnie i krzyczą na mnie - wolą się sami tym bawić. Ale czasem i ja co nieco upoluję. To nic, że słyszę wówczas „zostaw tę szczotkę” czy „zejdź z tej szufelki” - da się znieść, trzeba tylko przestać na chwilę i się zaczaić, najlepiej z boku.
Inne zabawki znowu gwiżdżą i pompują. Stoją takie dwie u Młodej. Ona często robi coś łapką i zaczyna się gwizd i do tego takie regularne „bu-buup, bu-buup, bu-buup”. Przez cały czas. I słychać jeszcze ze środka jakieś inne koty, które dziwnie miauczą. Młoda wówczas przerywa i mówi, że to „nie muzyka ale żenada” czy coś takiego. I otwiera zabawkę, wyjmuje okrągłe i srebrne i wkłada inne i znowu słychać dokładnie to samo a teraz Młoda twierdzi że „to jest to”. Mnie to denerwuje, więc wychodzę z tej jej nory. Czasem są drzwi zamknięte, czego nie znoszę i muszę zostać razem z nią i tymi łomotami. Chowam się wówczas do jej koszyka, od tyłu, gdzie jest pościel, zagrzebuję i śpię. I jest dobrze. Ale czasem to sobie poobserwuję to co tak łomoce i niedawno zauważyłem, że to ma takie czarne okrągłe co się rusza do mnie i ode mnie. Jak jest bu-buup to na „bu” jest ode mnie a na „buup” do mnie. Duży Łysy kiedyś powiedział na to „Brana” albo „Mbrana” Branę można upolować. Zrobiłem to parę razy i nieco ścichło. Młoda tkwiła przy biurku i klapała pazurami po czymś, co jest ciężkie i się składa a ją podobno łączy ją ze wszystkimi znajomymi i patrzy na tym na filmy. Ona to laptop nazywa i jak się do tego przypnie to na nic nie reaguje. A ja się nudzę. Więc skoro była zajęta, to ja sobie jeszcze parę razy upolowałem Branę i zrobiło się znacznie przyjemniej. Potem wygryzłem dziurę, bo w środku mógł być przecież szczur, nie było. Młoda pobiegła wtedy do starego łysego krzycząc, że jej się wieża popsuła a on na to, że nie ma czasu. To było parę dni temu. Więc dzisiaj ja chciałem to rozruszać i mi się wreszcie udało, jak było już na dole, to mogłem sobie spokojnie obejrzeć i w paru miejscach poprawić. A potem poszedłem zrobić siusiu i od rana oczekiwaną kupę. Gładko poszło więc z radości przebiegłem przez norę Starej i zawadziłem o duże ciężkie w wiśniowej okładzinie (oni na to mówią Bwoluta) i to spadło razem ze mną. Więc już zupełnie uradowany pobiegłem do nory z miseczkami i wskoczyłem na przepyszne kawałki drewna - i ząb i pazur wchodzą w to idealnie. Ale to było w kruchej przezroczystej zabawce, która spadła i podzieliła się na części. Więc musiałem się ukryć.
Pan
Sobota
Boże, jak dobrze. Jak dobrze się przypadkiem albo wskutek parcia na pęcherz, obudzić tak koło szóstej, wstać, opróżnić pęcherz, wrócić i… znowu wtulić się w ciepłą jeszcze pościel. Wszystko tak wtedy pasuje, wszystko jest takie słodkie, przytulne, miłe. Zasypia się wtedy natychmiast, z uśmiechem na twarzy. Nie przeszkadzają odgłosy z podwórka, nie przeszkadza radio u sąsiadów… Dlaczego w inne dni tygodnia ta sama pościel się wiecznie marszczy, zawija i irytuje i nie można w ogóle zasnąć i to w porze przeznaczonej na sen? Dlaczego wściekam się wówczas na każdy najlżejszy nawet szmer, czy to z podwórka czy od sąsiadów?
Więc wstałem dobrze po 11. „Środek nocy” - zażartowałem i natychmiast spoważniałem, bo przecież obiecałem, że posprzątam… Włączyłem telewizor, sprzątanie może poczekać a trzeba wiedzieć, co się w świecie dzieje… Ale wkrótce sobie przypomniałem, że muszę napisać dwa beznadziejnie nudne opracowania i naprawdę, nawet w sobotę, nie mogę sobie pozwolić na zupełny luz. Wyjąłem i złożyłem odkurzacz. Poszło w sumie gładko, chociaż kot jak zwykle, przeszkadzał ile mógł. Niby się odkurzacza nie boi a jednak… Kiedyś, jak się gdzieś zdrowo utytłał, odkurzyliśmy go. Był jak sparaliżowany, w chwili, gdy odkurzacz (na najniższych obrotach) zaczął zasysać brud razem z jego futerkiem zwierzak po prostu zbaraniał. Miał strasznie zdziwione oczy i przestał się w ogóle ruszać. Ale po chwili ocknął się, zgrabnie wyrwał i uciekł.
Po odkurzeniu i pozorowanym poustawianiu kilku przedmiotów (liczy się to, co się widzi) coś mnie tknęło i odsunąłem obie szafki. Było sporo kurzu, ale też i jakieś poprzysychane paskudztwa. Ze zdumieniem poznałem zaschnięty przed wiekami chyba pomidor, wysuszoną na wiór cebulkę i ledwie widoczne, niemal przezroczyste ślady kwaszonego ogórka. Musiałem to wszystko zeskrobywać nożem, tak przyległo do podłogi. Teraz wiedziałem wszystko - te dziwne oglądane rankiem kromki chleba posmarowane resztką masła, bez śladu wędliny i dodatków. To mój paskudny zwyczaj kładzenia sobie kanapeczek na szafce i pogryzania przy oglądaniu telewizji. Zazwyczaj nie zjadałem wszystkiego, zasypiałem z nadzieją, że dojem rano, na takie przed-śniadanie. A że czasem pozwalałem sobie też na kieliszeczek czy dwa, to rano tłumaczyłem sobie fakt częściowego zubożenia kanapek własnym nocnym głodem. Kot przecież by kiszonego ogórka nie zjadł ani solonego pomidora z cebulką… Nie zjadł by, na pewno, ale po odgarnięciu łapą tych Niejadalnych i po wypchnięciu ich za szafkę - reszta wybornie nadawała się do zjedzenia. Można też było uzupełnić dietę wylizując masło! O łobuz, o drań bezczelny!!! Chciałem mu to wszystko pokazać i spytać o zdanie, ale jak zwykle - kota nigdzie nie było.
Więc dałem sobie spokój i usiadłem przy komputerze. Zacząłem pisać. „Pisać” to nieodpowiednie słowo - „wydalać” jest chyba lepsze. Temat nudny, więc szło mi paskudnie. Byle szybciej, byle mieć to za sobą. Natychmiast pojawił się kot. On mi zawsze „pomaga”, zawsze ma pretensję, że nie pozwalam mu usiąść tak, aby mógł dokładnie zasłonić sobą monitor albo przynajmniej usiąść na klawiaturze. Dzięki kotu nauczyłem się regularnie zapisywać to, co robię, niejako automatycznie, bo kot usunął mi z komputera wiele materiałów. Gdy zdawało mi się, że w niczym mi już nigdy nie zaszkodzi - nadeszła kolejna chwila prawdy - prestiżowa ważna praca, niemal pachnąca awansem, ambitna, trudna i ciekawa zarazem - poszła w cholerę po tym, jak kot, do dziś nie wiem w jaki sposób, spowodował kompletny „crash” systemu. Nie pomogli znajomi informatycy, nie pomogły kontakty ze specjalistami od odzyskiwania plików - musiałem pracę wykonać po raz drugi, od początku. Ale wówczas szybciutko nauczyłem się blokować komputer i klawiaturę. Teraz może futrzaczek jeden łazić ile wejdzie, nic nie zmajstruje. Chyba że zapomnę zablokować…
Kot
Sobota
Czasem Oni biorą inną zabawkę. Duże i głośne i bardzo syczy. Wąż to jest. Karbowany i długi ze sporym pyskiem okropnym niby jakaś szpara czy szczelina. Ten to na pewno jest żywy, chociaż zupełnie nie wiadomo w co go ugryźć. Brzuch ma niby ciepły i wielki i okrągły, ale samo karbowane ciało - zimne i twarde a do tego bez smaku. Węże są bez smaku z zewnątrz, ale ten jest jakiś dziwny. Wiecznie głodny. Zżera te cząstki szybko. Żre zresztą wszystko. Troszkę mu nie ufam, choć jako dzielny i odważny kot - wcale się go nie boję. Raz czy dwa mnie chwycił tą płaską paszczą i poczułem… że mnie wsysa! Chciał mnie zjeść! Głupi jest jednak bardzo - musiałby przedtem mnie pogryźć - bo za żadne skarby w tej paszczy się nie zmieszczę. Ale zębów to on nie ma. Więc nie jest groźny, ale niemiły. I strasznie gwiżdże i syczy. Mieszka w przedpokoju, w zamykanej norce, u samego dołu.
Dziwni oni są, wszyscy. Młode chyba w ogóle nie poluje, tylko Duży Łysy i jego Kocica. Wciąż coś przynoszą i to co przynoszą, jest bardzo dziwne. Skąd oni to biorą? Na pewno nie ze śmietnika, bo to inaczej pachnie, nie tak przyjemnie i jest jakieś takie czyste i oddzielne. Oni też to potem jakoś mieszają, ale w smaku to już nie to samo. W śmietniku są przepyszne rzeczy, cudowne kombinacje smakowe. Jedzenie to nie tylko czynność, to także i przyjemność, sztuka. Taka skórka od kiełbasy i pozieleniały kawałek sera lub okruszki chleba z takimi pięknymi szarymi włoskami i ślicznie wyschnięta resztka pomidora. Jak u nich te włoski kiedyś wyrosły na kawałku chleba, to natychmiast to wyrzucili mówiąc, że spleśniały. A przecież przynoszą też i ser porośnięty czymś podobnym i jedzą. Zupełnie ich nie rozumiem. Kocica też czasem coś upoluje, ale ja z tego nigdy nic nie mam, chowa od razu do zimnej dużej pionowej nory z białymi drzwiczkami, w środku świeci się światło. Młoda mi za to często pomaga, młoda mnie rozumie. Jak je to swoje co lubi, to zawsze mi jakiś kawałek da. Łysy tego często nie robi, więc muszę radzić sobie sam. Tylko dla czego na kawałki pociętej w plasterki myszy zawsze nakłada jakieś zielone i kwaśne? Albo czerwone z białym ostrym? Dowiedziałem się że zielone to ogórek i wyszło mi, że ja ogórka nie jem, czerwone to chyba pomidor albo papryka a białe ostre to cebula, tego też za nic nie wezmę. On to bierze i potem mu śmierdzi z pyska. Chyba dlatego ogniuje i zabija ten ostry odór równie ostrym ale innym zapachem, tytoniu. Więc ja zawsze muszę to jego jedzenie nieco rozgrzebać i uporządkować. Chce i lubi ogórki? Proszę bardzo, odgarniam je łapą i zostawiam na talerzu, tak samo radzę sobie z pomidorami. Potem zjadam myszę i czasem zliżę nieco masła. I po co potem te krzyki? Niech kroi osobno… Ostatnio się strasznie zdenerwował, bo godzinę skrobał z podłogi za szafką zaschłe przed kilku tygodniami plasterki czerwonego i zielonego. Jakby codziennie sprzątał i był czysty jak ja, to by nie miał tego kłopotu. A poza tym, ja już przecież się szykowałem do zjedzenia tych plasterków, smakiem i zapachem przypominały już te ze śmietnika. Śladu by nie było, ale trudno…
Duży Łysy też czasem, jak Młoda, siada do takiego co świeci, jest całe na biało a na nim wyskakują czarne robaczki. Też coś robi przednimi łapami, pazurami. Przebiera po takiej fajnej desce, na której są małe popstrzone czymś kafelki i się ruszają. Strasznie lubię, jak na chwilę odejdzie, wejść na tę deskę i poczuć pod łapami, jak te kafelki się pięknie uginają a na białym pojawiają się robaczki, czasem dużo bardzo tych robaczków, wystarczy przytrzymać na jednym z nich łapę i one same wyskakują, jeden po drugim. Szybko bardzo. Pięknie to wygląda. A on potem wraca i krzyczy, żebym nie właził na klawiaturę komputera, bo mu wszystko popsuję. Nic mu nie psuję, siedzi potem kilka minut i pazuruje dalej… Kiedyś jak byłem mały pozwalał mi gonić te robaczki na białym. Nawet słyszałem jak mówił do Młodej, że ma taki program dla kota, że po kranie, może ekranie, rusza się sztuczna mysz i ja ją mogę gonić. Guzik prawda, gonić łapą najwyżej, co to za pogoń na siedzący…
A kiedyś to jakoś tak dziwnie wyszło, że jak wszedłem na klawiaturę to przestały się pojawiać robaczki, tylko nagle wszystko zgasło a potem białe zrobiło się całe niebieskie. Byłem bardzo dumny z tego, bo jemu to się nigdy nie udało. I wówczas mnie pogryzł… A potem nie odzywał się przez trzy dni, bo jak twierdzi „odzyskiwał”, podobno bez skutku. Tak powiedział do Kocicy. Od tego czasu jak wychodzi to coś tam wciska pazurem i jak ja potem wchodzę, to kafelki się uginają, ale nic na białym się nie dzieje. Popsuł wszystko!
Komentarze
zaloguj się aby komentować


