Rejestrator historii
![]()
Katem Artura Greisera jest kelner z restauracji „Smakosz” tylko dlatego, że posiadał czarny frak, niezbędny rekwizyt przy egzekucji.
Z Robertem Stando, reżyserem filmów dokumentalnych rozmawia Janusz Skowroński
J.S: W Pana bogatej filmografii duże znaczenie mają tematy polsko-niemieckie. Nie są to proste tematy, zero-jedynkowe typu „dobry Polak - zły Niemiec” lub odwrotnie. Piętno wojny?
R.S: Urodziłem się w Berlinie. Jestem Polakiem, z matki Rosjanki, wychowywałem się w duchu germanofilskim, wśród Polaków i Niemców. Dla mnie Polaka bez przerwy podczas okupacji docierały oznaki pogardy i nienawiści. Całą wojnę mieszkałem w Toruniu. Rozpoznawałem wszystkie niemieckie mundury, stopnie wojskowe. Okupacja, choć dała mi mocno w kość, pozostawiła we mnie poszanowanie do porządku. To później przydało się w mojej pracy. Narodową tragedią Polaków było wyprowadzenie nas tuż po wojnie z pewnej normy, zabicie pięknej cechy, jaką była słowiańskość. Wpadliśmy w dziwną patologię. O tym mówię w „Niefachowym stryczku” - dokumencie filmowym o publicznej egzekucji Artura Greisera, zbrodniarza, gauleitera i namiestnika Kraju Warty na stokach poznańskiej Cytadeli. To było moje drugie „podejście” do tego tematu, po „Granicy zbrodni Artura Greisera”. Wtedy usłyszałem od jednego z dziennikarzy: - Po co, idioto, pokazujesz takie rzeczy! Niech pan się nie zajmuje Niemcami, niech pan się zajmie Katyniem! Ja nie daję się pouczać, wiedziałem, że muszę zrobić ten film, choćby dlatego by przypomnieć, jak Greiser uśmiercał ludzi w obozie w Chełmnie nad Nerem, głównie Żydów. Jak prosił Himmlera - a dotarłem do listów Greisera do Himmlera - o wymordowanie 35 tysięcy chorych na gruźlicę Polaków. I to po wcześniejszym wymordowaniu tam 100 tysięcy Żydów. To, że akurat z Polakami do tego nie doszło, to z obawy przywódców III Rzeszy, że eliminować gruźlików można i wśród swoich, Niemców. A to już mogło się wymknąć spod kontroli.
J.S: I zrobił Pan film o publicznej egzekucji w Polsce…
R.S: Na szczęście ostatniej, w przededniu lipcowego święta - 21.VII.1946 roku. 21 czerwca w auli uniwersyteckiej rozpoczął się przed Najwyższym Trybunałem Narodowym proces Greisera, zakończony 9 lipca wyrokiem skazującym oskarżonego na karę śmierci. Chciałem jakoś wytłumaczyć te tłumy, tysiące zgromadzonych ludzi. Z jednej strony - zło zostało słusznie ukarane. Ale z drugiej - pytałem ich po latach, mówili o tym z zażenowaniem, wstydzili się, że brali w tym udział. A przecież Greiser to był inny gauleiter. Urodził się w Środzie Wielkopolskiej, do szkoły chodził w Inowrocławiu. Wychowywał się wśród Polaków a tak ich nienawidził! Do końca procesu mówił po niemiecku. Upokarzał Polaków do końca. Ale osobowościowo różny od swego następcy w Gdańsku Alberta Forstera.
J.S: O nim zrobił Pan również film.
R.S: Tak, który długo nie mógł ujrzeć światła dziennego. Forstera widziałem w dzieciństwie. Też za swoje czyny został powieszony, w warszawskim więzieniu, ale już nie publicznie. Choć w porze obiadowej. Z tym filmem to miałem problem. Ktoś z cenzury wezwał mnie i zakomunikował, że film nie wejdzie na ekrany. Ponoć twarz Forstera przypominała do złudzenia partyjnego aparatczyka, Romana Zambrowskiego. „My wiemy, co wy chcecie przez to powiedzieć” - usłyszałem. Film ten „poszedł” wiele lat później, swoje „odleżakował”.
J.S: W Pańskich filmach można znaleźć szereg postaci, o które upomina się Pan, bo zapomniała o nich historia. We wspomnianym już „Niefachowym stryczku” taką postacią jest Stanisław Hejmowski.
R.S: Mecenas Hejmowski był znany z niezależności poglądów. Przed wojną nie bał się bronić komunistów, mimo, że walczył przeciw bolszewikom w 1920 roku, a po wojnie AK-owców. W czasie okupacji, którą przeżył w Warszawie, ukrywał Żydów. Po wojnie wrócił do Poznania i w 1946 r. z urzędu bronił Greisera. Przeżywał z tego powodu wewnętrzny konflikt i prosił o zwolnienie z tego obowiązku. Gdy Najwyższy Trybunał nie wydał na to zgody, Hejmowski w procesie wsławił się jako obrońca sprawiedliwości i humanitarnych zasad. Domagał się, by sądzić Greisera za czyny, a nie w duchu zemsty. I jakże głęboko przewidującym był ten poznański adwokat. W moim filmie pokazuję, jak podczas procesu Hejmowski w mowie obrończej wypowiada prorocze słowa: „Naród niemiecki będzie istniał mimo doznanych klęsk militarnych. I kiedyś i on otrzyma ustrój demokratyczny, kiedyś i on wejdzie do Narodów Zjednoczonych. I my będziemy z tym narodem sąsiadowali przez najbliższe tysiąc lat. Czy nam się to podoba, czy nie”. On, który - jak wspomniałem - nie chciał być obrońcą hitlerowskiego zbrodniarza, zdobył się na stwierdzenie: „Wyrok śmierci byłby nie krokiem naprzód lecz krokiem wstecz. Cechą naszego narodu jest zdolność do przebaczania naszych krzywd, ta zdolność jest wynikiem naszej wiary”. Hejmowski opowiadał mi, że wśród kilkunastotysięcznej publiczności zgromadzonej na poznańskiej Cytadeli, obserwującej scenę wieszania Greisera, były dzieci. I zdarzyło się, że dzieciaki bawiły się później w kata i oprawcę. Z jakim skutkiem? Dziecko powiesiło inne dziecko.
Gdy pracowałem nad tym tematem i poznałem Hejmowskiego, był już mocno przygaszonym człowiekiem. On - generalnie rzecz biorąc - intelektualnie przerastał całą poznańska palestrę. Po latach wkurzało mnie, że ten wielki Polak, patriota, obrońca robotników Poznańskiego Czerwca, nie miał nawet ulicy swego imienia. Ktoś uznał, że poprawniejszą politycznie będzie nazwa Adwokatów Poznańskich. Dobrze, że w 2006 roku ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i jedna z uliczek w centrum Poznania nosi jego imię.
J.S: Na przykładzie tego procesu widać, jak ogromną rolę odgrywają przytaczane przez Pana dokumenty. Pokazuje Pan, jak Greiser pisze ołówkiem prośbę o wstawiennictwo w Watykanie, do samego papieża Piusa XI.
R.S: Nic mu to nie pomogło, choć rzeczywiście Watykan zwrócił się potem z wnioskiem do polskich władz. Zaś intencja polskich obrońców była czytelna - nie chciano tworzyć potencjalnego niemieckiego męczennika. Ale Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Także prośba Greisera, aby zamienić powieszenie na rozstrzelanie jako śmierć żołnierską została odrzucona.
J.S: A skąd tytuł filmu „Niefachowy stryczek”?
R.S: Źle zawiązano pętlę na szyi Greisera, zrobiono za krótki „skok” pętli. Greiser dusił się wisząc na szubienicy przez kilkanaście minut. Publiczna egzekucja, relacja radiowa, która się zachowała, podniecony głos sprawozdawcy Bogusława Borowicza, kamera wszystko filmuje. Katem jest kelner z pobliskiej restauracji „Smakosz” tylko dlatego, że posiadał czarny frak, niezbędny rekwizyt przy egzekucji. Gdy zdejmują Greisera z szubienicy i wkładają do trumny, w kadrze pojawia się pomocnik reżysera - sam Andrzej Munk! Co z tego, że namiastka zasady „oko za oko, ząb za ząb” została spełniona. Analizowałem to długo, można było z Greiserem postąpić zupełnie inaczej. Przede wszystkim wymóc zeznania, które przyrzekał napisać przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Polsce. A tak? Zrobiono z tej egzekucji sadystyczne widowisko.
Janusz Skowroński
Komentarze
zaloguj się aby komentować


