O "Ja" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (1891 - 1945)
Ja
Było raz dziecko zabawne i tłuste. Umarło. Nie ma go nigdzie.
Biegało po domu, krzyczało. Są jeszcze jego fotografie w salonie.
Aż śmiać się i istnieć przestało, i nikt się nie zdziwił tej krzywdzie,
choć było tak kochane i rozpieszczone.
Gdy z domu powoli znikało, obyło się jakoś bez płaczu i pisku.
Zabawki, sukienki, niepotrzebne pamiątki zalegają poddasze.
Mama nieraz i do późnej nocy czuwała nad jego kołyską,
a jednak dzisiaj, gdy je wspomina - nie płacze.
Nazywało się tak jak ja, więc wszyscy myślą, że ja to ono,
i nie usypali mu gróbka, choćby takiego jak kopiec kreta.
Toteż płacze nocami w kominie, że je zapomniano, zgubiono,
że miejsce jego zabrała jakaś niedobra kobieta...
(Różowa magia, 1924)
Mojej Zuzance
Ja - wczoraj...
Ja - dzisiaj...
Ja - jutro...
Wiersz Ja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to utwór pełny przewrotnych myśli i dziwnych pytań. Już tytuł utworu stawia nas przed pierwszym trudnym pytaniem: Ja, czyli Kto?
Gramatyka języka podpowiada nam, że Ja to zaimek osobowy, którym osoba mówiąca oznacza siebie, wskazuje na podmiot wypowiedzi. Nie jest to jednak wskazanie konkretne, precyzyjne, jednoznacznie określające osobę; nie jest też słowem, którym moglibyśmy zastąpić imię. Zaimki bowiem wskazują sytuacyjnie na swoje desygnaty, ale tych desygnatów nie zastępują - wyszczególniają i tym różnią się od innych części mowy, np. rzeczowników, których są równoważnikami. Łaciński termin pronomen (polski odpowiednik: zaimek) zbudowany jest z dwóch wyrazów: pro = za i nomen = imię. Stąd też funkcja, jaką pełnią w wypowiedzeniu, zależy od sytuacji - kontekstu; otoczenia, w jakim znajduje się dany zaimek. Często bywa tak, że jeden i ten sam termin (zaimek) wskazuje kilka desygnatów, np. w sytuacji dialogowej. W zależności od tego, kto w danym momencie jest podmiotem wypowiedzi, ten będzie desygnatem Ja. Zaimek Ty - zawsze będzie wskazywał adresata aktu mowy i jego desygnat również będzie ulegał zmianie. Natomiast On, Ona, Ono - kogoś/coś o kim/czym jest mowa w wypowiedzeniu, a ten ktoś/coś został wcześniej nazwany - wskazany odpowiednim rzeczownikiem.
Po takiej analizie gramatycznej tytułu odpowiedź na pytanie: Ja, czyli Kto? wydaje się prosta. Ja, czyli podmiot mówiący. Ja, czyli „ja” liryczne. Ja, czyli bohater utworu. Kto więc jest tym „ja” lirycznym? Kto więc jest bohaterem utworu? Kto ukrywa się pod tym zagadkowym tytułem? Dlaczego nie chce ujawnić mam swojej tożsamości?
Tym przewrotnym słowem autorka rozpoczyna grę z czytelnikiem. Prowadzi ją konsekwentnie przez dwie pierwsze strofy nim w trzeciej - ostatniej zwrotce zaskoczy nas odpowiedzią, która jest niemniej przewrotna i która również jest grą.
Prześledźmy tę grę od początku.
Wiersz rozpoczyna zdanie, które jest początkiem pewnej historii, narracji poetyckiej:
Było raz dziecko zabawne i tłuste.
Pierwsze skojarzenie, jakie nam przychodzi na myśl, szepcze do ucha: oto autorka opowie bajkę o zabawnym i grubym dziecku, które żyło dawno, dawno temu, zapewne w jakiejś uroczej i dziwnej krainie. Każda bajka przecież zaczyna się od słów: Dawno, dawno temu.... lub Za siedmioma lasami, za siedmioma górami... itp. ... była sobie piękna królewna... lub był sobie dzielny królewicz... czy wreszcie była sobie dobra wróżka... itp. Czasownik Było, którym rozpoczyna się wiersz, wskazuje nam na czas miniony, odległy, daleki, że ta historia wydarzyła się gdzieś, kiedyś w niepamiętnych czasach, o których dziś już nikt nie pamięta, a które przywołuje się tylko, by opowiedzieć o czasach, w których wszystko było przejrzyste i uporządkowane. Gdzie wszystkie drogi były znane a wybory proste, gdzie czarne było czarnym, a białe było białym. Tak przecież jest w bajkach. Taki też jest świat dziecka, przyjazny i bezpieczny. Zbieżność świata bajek i świata dziecka realizuje się na tej samej płaszczyźnie etycznej, bo tylko w nich dobro zawsze zwycięża, a zło ponosi karę, prawda zostaje wynagrodzona, a fałsz ukarany.
Pawilkowska-Jasnorzewska w dyskretny i delikatny sposób, niczym w bajkę, wprowadza czytelnika w świat swojej poezji, by zaraz potem uderzyć w mocniejszy dźwięk, zmienić ton i odwrócić sytuację o 180 stopni. Jak w muzyce czy filmie słowa w wierszu układają się w dramatyczne ciągi i odkrywają historię pełną zaskakujących zwrotów akcji. Po baśniowej ekspozycji mamy pierwsze uderzenie dramatyczne, a nawet tragiczne.
Umarło.
To krótkie, składające się z jednego wyrazu zdanie, kończy całą historię ledwie napoczętą. Urywa ją w najmniej spodziewanym miejscu. Autorka jednym krótkim słownym cięciem powala świat baśni i powołuje na jego miejsce nowe, nieznane, budzące lęk, grozę i strach krainy. Obszary niedostępne człowiekowi żyjącemu, o których on może tylko snuć niezliczone wizje i stawiać nigdy nieudowodnione hipotezy. W bajkach jednak śmierć jest niegroźna. Zawsze może ominąć bohatera. Jest wiele cudownych sztuczek, dzięki którym bohater może uniknąć śmierci. Tu śmierć przerwała wszystko. Autorka powie: Nie ma go nigdzie. Tym zdaniem poetka wkracza w wymiar metafizyczny i przywołuje nową konwencję literacką. Bajka zamienia się w tren. Radość i niesamowitość przechodzi w ból i niepokój. Jednak nie jest to tren, będący rozpamiętywaniem dokonań zmarłego oraz pochwałą jego zalet i zasług. Krótko przelatuje nam przed oczami cykl trenów Mistrza z Czarnolasu. Jego metafizyczne zmaganie się ze stratą córki Urszulki. Światopoglądowa walka z samym sobą. Rozpamiętywanie wspaniałych cech zmarłego dziecka i pustki, jaką wyrządziła w domu poety. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska na krótką chwilę przywołuje te obrazy. Nie zastanawia się jednak nad metafizyką czy światopoglądem. Interesuje ją to, co pozostaje po człowieku w wymiarze fizycznym i psychicznym. A cóż takiego zostaje? Fizycznie. Zostają przedmioty, rzeczy, którymi człowiek się otaczał - stare fotografie w salonie, zabawki, sukienki, niepotrzebne pamiątki na strychu. Nic więcej. Choć i tak zbyt dużo, by trzymać to wszystko w pobliżu. Są to ślady, które prowadzą nasz umysł ku minionemu. Wspomnienie, które uporczywie powraca do tamtego czasu. W tym wspomnieniu jawi się obraz dziecka, które biegało, krzyczało, śmiało się, powoli znikało, aż (...) istnieć przestało. Jest to obraz złożony i bardzo dziwny. Z jednej strony radosny i przyjemny, a z drugiej - smutny i przygnębiający; gdyż umarło, jak przeczytaliśmy w pierwszym wersie. Mimo to nie ma tu bólu, żalu czy rozpaczy, a wręcz - odwrotnie. Śmierć dziecka jawi nam się jako coś, co przeszło niezauważone; coś, co nikogo nie zdziwiło ani nie skrzywdziło; coś, co u nikogo nie wywołało ani jednej łzy. Paradoksalne stwierdzenie: ...istnieć przestało i nikt się nie zdziwił tej krzywdzie,.... budzi niepokój i wzburzenie oraz prowokuje do postawienia pytania: Dlaczego? Jak to możliwe? Gdzie się ukryła ludzka wrażliwość? Ostatni wers tej strofy potęguje jeszcze doznane uczucia i coraz bardziej prowokuje: ... choć było tak kochane i rozpieszczone. Kolejne dziwne pytania stawia przed nami autorka. Jak można kochać kogoś i jednocześnie nie uronić łzy, gdy ten ktoś odejdzie, umrze? Jak można rozpieszczać dziecko i być nieczułym na jego krzywdę?
Nowa strofka podsyca i tak gorejący już stos pytań. Pierwszy wers i pierwsze zdanie: Gdy z domu powoli znikało, obyło się jakoś bez płaczu i pisku targa uczuciami i piętrzy pytania. To jednak nie od razu umarło? Śmierć była długa i być może męcząca? A więc ten zgon nie był dla nikogo zaskoczeniem? Można się było więc do niego przygotować? Oswoić? Przyzwyczaić? Łagodzi to nieco wydźwięk spokoju, z jakim wszyscy podeszli do tej śmierci. Skoro była długa, to nic dziwnego, że płacz, pisk, lament jej nie towarzyszyły. Czas pozwolił wszystkim pogodzić się z nieuchronnością losu. Śmierć jest przecież wpisana w ludzką egzystencję. W zasadzie wszystko jest zgodne z naturą człowieka. Choć jeden aspekt wydaje się tutaj zaskakujący. Jak można pogodzić się ze śmiercią dziecka? To przecież jest wbrew naturze. To kłóci się z porządkiem świata. Młody organizm powołany jest do życia, a nie do umierania. Obok takiej śmierci nie można przejść obojętnie. Bunt ciśnie się wszelkimi szparami. Jeszcze większy bunt ciśnie się, jeżeli na taką śmierć musimy patrzeć, uczestniczyć w niej, przeżywać to razem z konającym i towarzyszyć mu w długich godzinach męki, nie mogąc nic zdziałać, przeszkodzić, przerwać, zapobiec temu strasznemu elementowi naszej natury. Zadajemy sobie wtedy pytanie: czy tak musi być? Stajemy się wtedy głupcami, jak Kochanowski czy ojciec Panelox, by na nowo odkrywać sens naszej egzystencji.
U Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nie ma tak makabrycznej wizji śmierci. Śmierć jawi się jako coś naturalnego, oswojonego; coś, co nie burzy spokoju rodziny. Nawet matka, która w sercu chowa najwięcej miłości do dziecka, jest osobą opanowaną i spokojną. To ona przecież włożyła najwięcej wysiłku i trudu w wychowanie. To ona - jak powie poetka - nieraz i do późnej nocy czuwała nad jego kołyską.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


