Absurdy na Żoliborzu
Drogowcy musieli zburzyć część nowo wybudowanego przystanku Warszawa Toruńska, bo przeszkadzał w budowie drogi ekspresowej. Fachowcy zapewniają, że przystanek odbudują. Natomiast na trasie kolejowej Warszawa - Gdańsk, by wybudować drogę, rozebrano nowe tory. Tyle dowiedziałam się z materiału Adama Federa w Wiadomościach z 31 sierpnia 2010 roku.
Jednak z podobnym marnotrawstwem pieniędzy i czasu mamy do czynienia na warszawskim Żoliborzu. Najpierw położono nowe torowisko i zawieszono nowiutkie trakcje na odcinku Hala Marymoncka - Dworzec Gdański. Następnie zamknięto ruch tramwajowy ulicami Słowackiego i Mickiewicza, w związku z zagrożeniem bezpieczeństwa w korzystaniu z rozsypującego się wiaduktu przy dworcu.
Nieużywane torowisko niszczeje od około 2 lat. Na odcinku torów u zbiegu ulic Słowackiego i Cieszkowskiego, okoliczni mieszkańcy parkują samochody, z powodu braku miejsc parkingowych. Co pewien czas są nagradzani mandatami, za swą pomysłowość w wykorzystaniu nieużytków. Chociaż tramwaje tamtędy nie jeżdżą, to jeszcze do niedawna na placu Wilsona można było spotkać policjantów upominających przechodniów, którzy na czerwonym świetle przechodzili przez nieużywane tory. Aktualnie sygnalizacja świetlna w tym miejscy została opatulona czarnymi workami. Ciekawego odkrycia dokonałam miesiąc temu, orientując się, że od placu Inwalidów do zburzonego wiaduktu przy Dworcu Gdańskim, rozebrano tory. Nasuwa się pytanie, czy nie można było powstrzymać się od wymiany torowiska na tym odcinku, skoro parę miesięcy później zamknięto wiadukt dla tramwajów?
Sytuację z odbudowywaniem czegoś, co się przed chwilą zburzyło, miałam okazję obserwować z bliska. W naszym przedwojennym żoliborskim budynku, spółdzielnia mieszkaniowa zdecydowała się przenieść liczniki prądu z mieszkań na klatkę schodową (zgodnie z unijnymi wymogami). Panowie elektrycy tę nieskomplikowaną operację wykonali w ciągu kwadransa, przy okazji wysadzając w mieszkaniu bezpieczniki (śmierdziało przez dwa dni). Panowie murarze jednego dnia rozpruli ścianę na klatce schodowej, robiąc miejsce na skrzynki. Drugiego dnia większość dziur zacementowali, by trzeciego dnia świeżo zacementowane dziury rozpruć ponownie a pozostawione jeszcze powiększyć. Gruz leżący pod drzwiami mieszkania uniemożliwiał swobodne przemieszczanie się lokatorów. Następnie dziury zostawiono na parę dni (pewnie żeby dojrzały i nabrały mocy). Później rozharatano kolejną ścianę, bo okazało się, że jeszcze istnieją jakieś kabelki od domofonu...
Zanim murarze zacementowali nad wyraz okazałe otwory, a malarze przemalowali klatkę jakimś śmierdzącym specyfikiem, niezabezpieczone końcówki kabelków sterczały bezczynnie, strasząc rodziców nieco większych dzieci. Obecność panów, palących papierosy w klatkach schodowych i piwnicach oraz używających niewybrednego słownictwa, zmęczyła wielu, odbierając ochotę na jakiekolwiek modernizacje.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


