Bezinteresowność
Jesienią zeszłego roku, moi dwaj mężczyźni zasadzili, przed naszym blokiem, krokusy i narcyzy. Mąż, ze znikomą wiarą w efekty, wykopywał kolejne dołki. Synek, z rumieńcami zapału, wrzucał cebulki kwiatów.
Nadeszła zima, dla nas tym dłuższa, im bardziej czekaliśmy, by dostrzec przebijające się przez ziemię listki. Kiedy się pokazały, radości męża nie było końca. Synek owszem cieszył się, ale daleko mu było do euforii taty. Obaj przy każdym spacerze sprawdzali, co się zmieniło, na którym kwiatku wylądowała znienawidzona psia kupa, a który żółty lub biały kwiatek został przydeptany przez sąsiada-ignoranta.
Kiedy płatki kwiatów opadły, zmęczone codziennym doglądaniem, zrobiło się pusto i smutno. Pełni zapału przystąpiliśmy do upiększania fragmentu nieurodzajnego trawnika pod naszymi oknami. Także i tym razem sadzeniem zajęli się moi panowie. Tata przygotowywał grunt i wsadzał krzaki berberysu, synek zasypywał dołki ziemią, najstaranniej, jak tylko trzylatek potrafi. Później przyszła pora na trawnik i konwalie. Nasz maleńki ogródek budził podziw u większości mieszkańców, nie mówiąc o malutkim ogrodniku spacerującym z zieloną konewką (właściwych gabarytów).
Z radością mąż obserwował, jak łyse badyle obsypują się zielono-bordowymi listkami, jak pojawiają się maleńkie pączki żółtych śmierdzących (podobno, bo my nie czuliśmy) kwiatków. I niepokojem, gdy przed blokiem, zaczęli urzędować robotnicy od przenoszenia liczników z lokali na klatkę.
Mąż kupił kosiarkę elektryczną, aby dbać o młodziutką trawkę. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy dwa dni po pierwszym skoszeniu, pojawili się panowie z olbrzymimi kosiarkami spalinowymi i skosili naszą świeżo skoszoną trawę! Przy okazji ci warczący barbarzyńcy uszkodzili część młodych krzaków.
Miesiąc później przyszła ekipa od wyrównywania żywopłotów. Wracaliśmy z zakupów, gdy usłyszeliśmy znajomy, nieprzyjazny warkot. Krótko żyliśmy nadzieją, że naszych krzaczków nikt nie ruszy, bo z daleka i niewprawnym okiem widać, że są młodziutkie i nie potrzebują podstrzyżyn. Pomyliliśmy się.
Dziś, gdy nasz trawnik jest gęsty i bujny, a berberysy pną się w górę, jak szalone, dowiedzieliśmy się, że na wiosnę będzie remont elewacji naszego budynku. Ręce nam opadły i chęci do bezinteresownego dbania o zieloną część podwórka również. Ktoś mógłby powiedzieć, że nasz ogródek zrobiliśmy nielegalnie, na nie swojej ziemi i nikogo o zamiarach nie uprzedziliśmy. To prawda, żadne z nas nie poszło do działu technicznego spółdzielni, by zapoznać się z kalendarzem remontów. Zadziałało serce i pragnienie, by pokazać dzieciom, że warto zrobić coś, nawet za własne pieniądze, dzięki czemu będzie wokół nas piękniej. Czy ponieśliśmy klęskę?
Komentarze
zaloguj się aby komentować



Myśląca administracja i myslący wykonawcy to rzadkość.