Dwa kontynenty w jeden dzień
Z Fuengiroli przez Algeciras do Ceuty i Tetuanu....czyli 2 kontynenty w jeden dzień. Środek czerwca, Fuengriola, miasto na wybrzeżu Costa del Sol. Lato w pełni, temperatura idealna dla przybysza z północy , ok. 27- 32 C , w tym lekka bryza powiewająca od morza Śródziemnego, do tego czyste niebo, ani grama chmurki, czyli lato idealne. No ale nie przyjechałem do Hiszpanii by leżeć na plaży przez 2 tygodnie. Trzeba się ruszyć i coś zobaczyć.
Udaję się do centrum miasta. Po lewej stronie znajduje się plaża, a po prawej restauracje, bary, kluby i biura podróży ( jeżeli ktoś zna podstawy angielskiego , hiszpańskiego lub niemieckiego radzę wykupić wycieczki na mieście u „Hiszpana”, są tak samo pewne jak te z polskim przewodnikiem. a zawsze tańsze o 20 do 50 %). A więc wchodzę do pierwszego z nich. W oczy rzucają się słowa z oferty „ Tetuan....one day trip...only 80 EU”. Wiedząc że znajduję się o około godzinę drogi od Gibraltaru ( a stamtąd tylko 12 km do Afryki), nie waham się skorzystać z tej oferty. Po angielsku dogaduję się z „Hiszpanem” i płacę za wycieczkę. Ma się ona odbyć już jutro z samego rana. Następnego dnia rano punkt 6:00 zjawia się autobus. Wsiadam. Od razu widać, iż cały autobus jest nabity turystami, głownie niemieckimi.
Od tej chwili zaczyna się moja przygoda z Afryką... z kulturą arabską, która nie zaczyna się wcale w Maroku, ale już tutaj, w Hiszpanii. I dobrze widać i czuć, że Arabowie przez 500 lat panoszenia się po południowych regionach Hiszpanii pozostawili po sobie wiele śladów. Jadę autokarem. W największym porcie w południowej Hiszpanii w Algeciras mam być za ponad 2 godziny. Po drodze mijamy jedno wielkie miasto. Oczywiście, są inne nazwy, mijam znaki z napisami : Marbella, San Pedro De Alcantara itp, ale tak naprawdę to ciągnąca się w nieskończoność rzeka hoteli, restauracji i basenów. Wpływy arabskie widać na każdym rogu. Co kilkaset metrów, na pięknych i zadbanych chodnikach, widać małe, zabytkowe, a to kioski, a to fontanny, a to sklepiki. Każdy z nich jest pięknie ozdobiony, mieni się w słońcu błękitem i złotem. A tam gdzie jest biały, tam pozostaje, nie ma ani śladu brudu czy też zniszczeń. Na chodnikach po obu stronach ulicy widać emigrantów z Maroka oraz Nigerii, którzy to w Hiszpanii upatrują raj i dobrobyt, ubranych w arabskie stroje , sprzedających podróbki złota, srebra i bursztynów. Te arabskie stroje to prawdziwy kunszt, tradycja i orient „pełną gębą”. Mają na sobie tradycyjne arabskie płaszcze szyte z jedwabiu w kolorze złota, które niesamowicie mienią się w słońcu.
Patrzę na zegarek, jest ledwo po godzinie 8 rano, dojechaliśmy do portu Algeciras. Wysiadamy z autobusu, i pędzimy do odprawy celnej( bilety ma już przewodnik), ponieważ prom do Tetuanu odpływa już niedługo. Po odprawie celnej( która była bardzo powierzchowna) wsiadamy na prom. Z rufy promu roztacza się niesamowity widok, z przodu widać sam Gibraltar, wielką potężną skałę, jeden z symboli Hiszpanii. Między skałą a promem wzburzone fale, obracam się o 180 stopni i widzę już brzegi Afryki. Po godzinie rejsu dobijam do brzegów Afryki. Ale nie jest to jeszcze wcale prawdziwa Afryka, taka dzika, biedna, taka na jaką czekam.
Wysiadam w porcie w mieście Ceuta, w jedynej hiszpańskiej kolonii w Maroku. Hiszpańskia nazwa, na obcym kontynencie, brzmi śmiesznie, ale miasto robi wrażenie. Turyści się cieszą, są w Maroku, i jest rzeczywiście cieplej niż na Costa del sol ( mniejszy wiatr powoduje zwiększone odczucie ciepła), za to czysto, schludnie i po europejsku. Swoją drogą, jak powiedział nasz przewodnik, „ Kto boi się Afryki, chce czuć się bezpieczny, nie widzieć brudu, smrodu, a jednocześnie wypoczywać, mając świadomość, że jest w Afryce , to miejsce jest idealne dla niego” . Rzeczywiście idę ulicami Ceuty gdzie mamy parę minut wolnego czasu i widzę te ogromne hiszpańskie katedry, nowoczesne samochody, elegancko ubrani ludzie, i wszędzie ten sam znajomy mi widok kafejek i restauracji..
Po kilkunastu minutach opuszczam hiszpańską kolonię i już jestem w Afryce na całego! I zaczyna się. Na przejsciu granicznym muszę wypełnić wizę, a w niej wpisać, ile mam lat, jaki mam wyuczony zawód, w jakim celu jadę do Maroka. Pilot mówi :” Najlepiej wpiszcie że jesteście studentami, albo emerytami, nie będą się czepiać. Jak napiszecie, że jesteście dziennikarzami, albo policjantami to będą kłopoty bo oni mają króla i nie chcą żadnych buntowników u siebie”. Jedziemy dalej. Krajobraz dookoła już nie taki jak w Hiszpanii, nie ma zielonych drzewek z owocami cytrusowymi, gajów oliwnych też jakby mniej, kozy zamiast stać na ziemi to siedzą na gałęziach. Od razu widać, iż Maroko to biedny kraj, nie ma pieniędzy na nawadnianie pól uprawnych, więc na północnym wybrzeżu krajobraz jest półpustynny. Po drodze autobus wyprzedza stare 30 letnie zdezelowane Mercedesy 124 . Tutaj 90% aut to właśnie ta marka. Nie psuje się, a jak coś się stanie, to przecież zawsze można wsadzić lokalną podróbkę i będzie pasować. Przewodnik mówi :” Tutaj taksówki są bardzo tanie, jednak 5 osobowa nie pojedzie, jeżeli nie wsiądzie do niej 7 osób, taki jest zwyczaj”. Nagle po lewej stronie widzę dość ładny pałacyk z napisem "restauracja", a obok niego jakiś budynek przypominający szopę, a przed nim wiele kobiet zamotanych w czarne chusty od stóp do głów. Okazuje się, iż jest to jedyna restauracja w tej okolicy, gdzie legalnie sprzedają alkohol. A ten budynek przypominający szopę, to miejsce gdzie można po prostu kupić ...kobietę!! Tak dobrze mówię kobietę!. Maroko to kraj gdzie nie ma problemu z kupieniem czegokolwiek i kogokolwiek. I jeżeli ktoś słyszał, że kobiety sprzedają za wielbłądy bądź pieniądze i myślał, że to żart, niech spali się teraz ze wstydu i otworzy oczy, tak jest naprawdę!. Z tego co się dowiedziałem, kobiety te były stosunkowo młode, jednak pochodzące z slumsów, z biedy. Zapewne czekały na bogatego europejczyka, od którego w zamian za posłuszność i pełne oddanie dostaną lepsze życie i worek pieniędzy.
I nadchodzi moment kulminacyjny dnia. Dojeżdżamy do miasta Tetuan. Autobus ledwo mieści się w wąskich uliczkach tego starego i brudnego miasta. Jednak udaje mu się na chwilę stanąć i wyrzucić nas na placu. Teraz razem z przewodnikiem pójdziemy w samo serce starego miasta ,do Medyny. Idę z przodu zaraz za przewodnikiem, i słyszę :” Tutaj jest ponad 1200 uliczek, to istny labirynt. Proszę pilnować siebie nawzajem i nie odłączać się od grupy. Jeżeli ktoś z was się zgubi nie będę mógł pomóc, ponieważ nie znam całej Medyny. Będzie on zmuszony poczekać do przyszłego tygodnia, aż następna wycieczka przyjedzie i go wybawi z opresji”.
Pierwsze wrażenie...smród! Idę za przewodnikiem, i zatykam nos, tak bardzo śmierdzi. To stare miasto, więc nie ma kanalizacji. Ludzie wylewają wiadra z brudami i odchodami przez okno wprost na chodnik. Gdy spoglądam w drugą stronę widzę od razu, że arabskiego odpowiednika Sanepidu na pewno nie mają. Na sznurach w temperaturze ponad 30 C wisi mięso, które jest na wpół zgniłe , obok owoce goszczące w swoim miąższu zapewne połowę znanych mi bakterii i grzybów .
Nagle kończy się Medina i stoi ogromny pałac. Jest to jeden z pałaców Króla Muhammada VI. Ma on pałac w każdym większym mieście w Maroku, jest niedostępny dla turystów. Elegancki, monumentalny, ociekający złotem i marmurem. A obok niego bieda, ubóstwo, żebracy.
Dochodzimy do restauracji, przed wejściem stoi 3 osobowy zespół grajków ulicznych. Mają na sobie dziwne czerwone suknie, a na głowach czerwone czapki ze złotymi pomponami na sznurku, którymi zgrabnie kręcą kiwając głowami. W rękach trzymają marokańskie bębenki, wybijając arabskie rytmy. Oczywiście nie przejdę dalej, jeżeli nie wrzucę im chodź jednego dolara, więc spełniam swoją powinność względem biednego i wchodzę.
Restauracja powala na kolana , potem opada szczęka, i to tak bardzo, że muszę ją zbierać z 5 centymetrowych dywanów. Cała restauracja jest jak oaza na pustyni. Dookoła brudne miasto, a tutaj przepych, złoto, ornamenty , dywany i jedwabne obrusy. Siadam do ogromnego 10 osobowego stołu wraz z innymi uczestnikami wycieczki. Na stół podane jest znane na całym świecie marokańskie Kus-Kus z jarzynami i mięsem, do tego sałatki z owocami morza oraz, do wybor, zimne piwo lub wino. Wołam „raz kozie śmierć” i zjadam wszystko, co jest na stole , nie zważając zbytnio na to, iż jestem w arabskim kraju i powinienem uważać, co jem, gdyż moja flora bakteryjna w żołądku nie jest przystosowana do tego typu kuchni.
Nagle słyszę dźwięki bębnów, odwracam głowę i widzę, że zaczął się jakiś występ. Pod ścianą przy wejściu do restauracji siedzą ci sami trzej mężczyzni, którzy nagabywali mnie przed wejściem. Grają na tych samych instrumentach, oraz śpiewają jakąś piosenkę, w której co chwila przejawia się słowo „ habibi”. Na środek sali wybiega kelner i wyginając się niczym człowiek guma, robi różne sztuczki z monetami oraz ogniem. Chwilę później bierze do ręki tacę, na tacy kładzie piramidkę złożoną z małych arabskich szklanek i wszystko to stawia sobie na głowie. Biega po sali , kiwa głową na boki i wszyscy razem ze mną są pełni podziwu, jak to się dzieje, ze ani jedna kropelka nie została uroniona.
Po sowitym posiłku, wraz z grupą opuszczam restaurację, oraz Medynę.. Wsiadamy do autobusu, wracamy do Hiszpanii. Gdy opuszczamy Maroko, pilot mówi :” W Tetuanie można wynająć mieszkanie za 50 dolarów, ktoś chętny??” Nie słyszę żadnego "tak" . Zaraz potem dodaje „Teraz, jeżeli ktoś wróci do kraju i będzie narzekać, że jest bieda, brud, syf, i że wszystko jest źle, niech się ugryzie w język i przypomni sobie, jak jest w Maroku”.
Komentarze
zaloguj się aby komentować



Bardzo ciekawe i w dodatku własne - autora :)))) Szkoda, że nie ma zdjęć. Czekam na kolejne opowiadania