Dzieci Jerominów ...Zielone z Zielonej Szkoły
I znów czuję jak daremna jest chęć opisania tego wszystkiego.
"Szumią lasy...". Ile trzeba by wypowiedzieć, żeby ów nagłówek stał się prawdziwy. Jak mało potrafię powiedzieć. Zdaje mi się, że chyba będzie lepiej, jeśli opowiem o żurawiu, którego posiadałem i kochałem jak brata, a może nawet jeszcze bardziej. Ze wspomnienia o nim wizerunek mojego życia wyłania się wyraźniej, niźli z jakichkolwiek
tytułów i wszystkiego co można by pod nimi napisać.
Żurawia schwytał pewien robotnik leśny na skraju mokradeł, o których już opowiadałem. Kiedy go dostałem, nie był większy od mojej dłoni, a dorównywał mi wzrostem, kiedy go utraciłem. Żył w naszym ogrodzie i chyba nawet w ogrodach Edenu ludzie i zwierzęta
nie mogli być dla siebie bardziej bliscy niźli my dwaj. Każdego rana i wieczorem przynosiłem z jeziora rybią drobnicę, a on brał mi pokarm z dłoni. Budziliśmy się, kiedy wschodziło słońce i witaliśmy się tak, jak się ze sobą witają kochankowie. Czyż bieg tamtych dni i tamtej miłości nie zdaje mi się pędem złocistego koła? Igrając kładliśmy dłonie między jego szprychy, a ono toczyło się promieniście od wschodu do zachodu. Wołałem ptaka, on zaś przybiegał z rozpostartymi skrzydłami do moich kolan. Wychodziłem z podwórza, a on stawał u płotu i użalał się nad swoim osamotnieniem. Wracałem i zdawało się, że wspaniałe, niebieskawoszare skrzydła chcą mnie
objąć.
Całkowitej jedności najbliżsi byliśmy w południowej godzinie.
Wołałem go leżąc na trawie, a on przychodził i zatrzymywał się u
moich stóp. Bawił się butami, guzikami, dłońmi. Potem stawał między
moim lewym ramieniem a piersią. Jeszcze raz się rozglądał przepięknymi
oczami, którym nie uchodziło nic. Potem klękał. I jeszcze
raz unosiła się wysmukła szyja, jak gdyby zaległ na moczarach i
musiał rozejrzeć się za wrogami. Potem się kładł, tak iż tułów mieścił
się między moim ramieniem a sercem i skłaniał mi głowę na piersi.
Z krtani dobywał mu się cichy, senny, niesłyszalny ton, wyraz poczucia
pewności i szczęścia. Głaskałem dłonią po niebieskich piórkach
niby po dziecięcej buzi. Od czasu do czasu oko ptaka otwierało się
i spoglądało na mnie, a w końcu zasypialiśmy. Brzęczały nad nami
pszczoły, od lasu niosło się wołanie wilgi.
Wydaje mi się, że nigdy nie byłem bliżej boskiego serca niźli w
owych godzinach, podczas których głaskałem dłonią żurawie pióra,
a on leżał u mego serca, tak jak byśmy byli zrodzeni z tej samej
matki.
Kiedy przyjechałem następnego lata, nie było już żurawia. Powiedziano
mi, że został sprzedany do zwierzyńca w dużym mieście, a
wszystko przemawia za tym, że postąpiono w ten sposób, by zdobyć
dla mnie pieniądze. Nie pojmowałem tego. Zrozumiałem tylko, że już
go nie ma, że ogród, pola i las stały się bez niego puste.
Ernst Wiechert - Lasy i ludzie Przekład Tadeusz Ostojski
DZIECI ZIELONEJ SZKOŁY
W MRĄGOWIE
Kochane Dzieci
Przeczytany przed chwilą fragment wspomnień z dzieciństwa i młodości pisarza jest akurat moim ulubionym fragmentem, który czytam turystom z Niemiec (oczywiście w oryginale po niemiecku) gdy przejeżdżam z nimi przez Puszczę Piską. Wydaje mi się bowiem, że samo mówienie o pisarzu i przypominanie swoimi słowami kim on był i czego dokonał nigdy nie odda wartości jego słów, które są odbiciem jego ducha. A po przez takie opisy, jak właśnie usłyszeliśmy można nie tylko zadumać się nad przeżyciami autora, ale i samemu jak gdyby przenieść się myślami w tę krainę 110 lat temu, gdy dobiegał końca wiek XIX, ludzie jeździli wtedy jeszcze końmi, ale na dłuższych trasach podróżowało się koleją z Piecek przez Mrągowo go Królewca (dzisiejszego Kaliningradu za granicą). W krainie tej było więcej niż dzisiaj zwierząt w lasach, lasy były bardziej dzikie i trudniej dostępne, ale ludzie swoim nieustannym wysiłkiem, jak to w Biblii zostało powiedziane czynili i tutaj, na Mazurach, ziemię sobie poddaną.
Czytając powieści Wiecherta, jego wiersze, opowiadania i bardzo ciekawe baśnie naprawdę można tutaj na Mazurach w pobliżu Mrągowa, odkrywać świat głębokich przeżyć i wzruszeń. A kiedy jeszcze dodatkowo uda się na wędrówkę po tej krainie, to już tylko chce się tu po prostu zostać.
Zachęcam Was, Dzieci, do odnajdywania piękna mazurskiej przyrody - lasów, pól i łąk, jezior i rzek poprzez ciekawe lektury dzieł Wiecherta i osobistą wędrówkę po tej cudownej krainie, najlepiej w gronie przyjaciół. Mam nadzieję, że spotkamy się na niejednej takiej wędrówce.
Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami
Prezes Czesław Ilwicki
fot. Zosia Wojciechowska, "Nasze spotkanie...z"
Międzynarodowe Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Ernsta Wiecherta
Komentarze
-
-
Cóż...to prawdziwe zielone inspiracje... :) czyli Metafizyka Filozofii Głębokiej Ekologii.
Tym jest~~ siła zieleni.
Zofia Wojciechowska 06.03.2010, 09:23 -
A książeczka "Cudowny dotyk Bożej Miłości" wpsaniała, dziękuję.
Katarzyna Matusz 06.03.2010, 20:46 -
Tak ona działa. Powiem, że sama wybiera sobie drogę. Wchodzi do plecaka i wspina sie na regał albo czeka na stole nawpół otwarta jak by sama w sobie była zaczytana...
A czasami z literamami siedzi na miedzy i czeka...zapatrzona w przelatujące żurawie... to prosta wiara w moc odkrywania siebie by dawać.
Czasami jest tak, że staniemy i już wiemy ona zawsze towarzyszy drodze...trzeba patrzeć :) choć to nie takie proste mieć oczy szeroko otwarte.
Zofia Wojciechowska 06.03.2010, 20:59 -
Kasiu są już dwa wigierskie szlaki. Kajakowy i pieszy. Książeczkę tak małą i lekką choć jest cegiełką zabrać warto ze sobą i wyprawić się do Leszczewa by poprosić Pana Stanisława Milewskiego o jeszcze jedno dobre słowo...będzie mu miło. To taki ciepły człowiek.
A kwiatki, które tak się Tobie spodobały to nie bratki a pierwiosnki, zwane od wieków kluczykami świętego Piotra. Kwietne klucze służą do otwierania bram nieba ..
.coż sama wiesz, że one nigdy nie są zamknięte...
Zofia Wojciechowska 06.03.2010, 21:07
zaloguj się aby komentować



Zosiu, jak Ty to wszystko robisz? :)