Dziennik galernika. Pisany później.
![]()
„Dziennik pisany później” to książka niezwykła. Mądra. Głęboka. Ta książka się śni. Przez tą książkę się patrzy na świat. Jeśli nie na cały to na ten kawałek Środkowej Europy. Europy, która intryguje i przeraża. Europy, która zaraża.
Nie ma tu szczegółowych dat. Tak jak nie ma pięknych krajobrazów. Jest codzienność ale ta zwykła nie odświętna. Nie datowana dniem. Miesiącem. Godziną. Czasem na końcu rozdziału zjawia się rok i tyle. To wszak „Dziennik pisany później”. To dziennik galernika. Pisarza, który odwiedza miejsca zapomniane. Czasem brzydkie. Okropne. A czasem okrutne. Ale prawdziwe. Tego nie znajdziesz na widokówkach, ni w przewodnikach. Ni na portalach. Tam trzeba dotrzeć a docierają tam, włóczą się tam, tylko najsilniejsi.
Najpierw Albania i jej mężczyźni siedzący na ulicach i umierający ze strachu przed samotnością. Siedzą i patrzą. Co widzą? „…bezbrzeżny smutek swojego kraju”.
I pytają. A jak? A tak, jak Orges:” I po co tu przyjeżdżasz?...chcesz powiedzieć, że gówno nie śmierdzi?”
O czym opowiadają? O Albańskich Góralach, którzy: ”żyją z wilkami i zachowują się jak wilki”. Podobno w jaskiniach koło Valbony mieszkają półnadzy Anglicy, żywiący się tylko i wyłącznie mięsem.
O górach też mówią. O Górach Przeklętych.
Kukës, Tirana, Durrës to przedsionki piekieł. Niemiłosierny tłok. Żar. Do tego lekarstwa: raki, kawa, wino, woda.
Potem Belgrad z przetrąconym grzbietem. Budva z zatłoczoną plażą i niekończącą się imprezą. Dzieci żebrzące na ulicach. „Wieczna impreza. Wieczna żebranina”.
Ulcinj z czarnym piaskiem i cielskami wystawionymi na słońce przypominającymi wieloryby.
Prisztina. Miny i napisy: „Nema Srbije”. Potem Skopje. Cetinje. Kosowe Pole. Djakovica. Medżugorie. Sarajewo gdzie myśli się tylko o wojnie.
„Niepokój wypełnia tamte strony, snuje się w powietrzu, można się nim zaciągnąć jak dymem z papierosa”.(s.37)
Na końcu Polska. Dzieciństwo gdzieś koło Sokołowa. W krainie dwóch rzek: Matki Narwi i Ojca Bugu. Znowu upał. Strych. Podgryzanie twardej jak drewno kiełbasy. Koszule „non iron”. Wiejskie potańcówki. Odwieczne rytuały. Tańce. Kurz. Klepisko.
Modły w kościołach. Modły w domach do Najświętszej Panienki. Ważniejszej niż cała Święta Trójca. Do Żydówki Królowej Polski. To dawniej.
A teraz. Dalej. Hotel w Kaliszu gdzie kelner udaje kelnera. Barman barmana. W Zgorzelcu stoją i palą. Palą i czekają ale nie wiadomo na co.
Zamość akurat tu. Na tej ziemi , nie wiadomo skąd. Licheń wiadomo. Stąd. Tu wyrósł, tu zostanie na wieki wieków. Amen.
Wszystko to widziane, wspominane z bałkańskiej perspektywy. Wszak „…po to się jedzie jak najdalej…, żeby wspominać niewinność ojczyzny”. Tu i tam wspominają wojnę. Rzezie. Krew. Ofiary. Ale Polska „…nie ma odwagi jak Bałkany i musi opłakiwać stare trupy”.
„Dziennik pisany później” to książka niezwykła. Mądra. Głęboka. Piękna książka. Na dodatek pięknie wydana. Ta książka się śni. Przez tą książkę się patrzy na świat. Jeśli nie na cały to na ten kawałek Środkowej Europy. Europy, która intryguje i przeraża. Europy, która zaraża.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


