Ekonomia i wybory
![]()
W dzisiejszej demokracji wybory powszechne stały się czymś w rodzaju plebiscytu i konkursu piękności. Kandydaci na posłów, prezydentów lub radnych prześcigają się w składaniu obietnic i cyzelowaniu własnego wizerunku. Wiedzą, że wyborcy nie zastanawiają się nad sensem ich wypowiedzi i realizmem obietnic, które składają w czasie kampanii. Wszystkim to pasuje: kandydaci nie muszą mieć poglądów i wizji działania, a wyborcy nie muszą myśleć.
W rezultacie wyborcy stają się niewolnikami, których rola sprowadza się do zagłosowania za bardziej ludzkim (z wyglądu) panem lub panią bądź partią, która ma lepszy PR. Ta charakterystyczna cecha dzisiejszej demokracji jest jaskrawo widoczna w Polsce, gdzie pokutują jeszcze nawyki feudalne. Wyborca wie, że jego rolą jest domaganie się (podwyżek, poprawy sytuacji na wsi, w mieście itd.), żądanie (ukarania winnych, sprawiedliwości itd.), a jego jedynym przywilejem udział w głosowaniu, po którym ma siedzieć cicho, bo od rządzenia są mądrzejsi.
Taki model demokracji wykształcił się w procesie ewolucji systemów politycznych, które przynajmniej od 100 lat dryfują w kierunku coraz większej centralizacji i ubezwłasnowolnienia jednostki. Choć totalitarystyczne eksperymenty Hitlera i Stalina skompromitowały się, to elementy ich ideologii przetrwały w politycznej rzeczywistości, a po masakrach w pierwszej połowie XX wieku łagodniejsze formy demodyktatur wydają się milczącej większości wręcz przyjemne.
Władza centralna, zwana państwem, zabiera obywatelom około połowy tego, co wytwarzają. Jeszcze sto lat temu podatki dochodowe wynosiły kilka procent i były nakładane tylko na najbogatszych. Władza centralna decyduje o wielkości podaży pieniądza, płacach minimalnych i maksymalnych, emeryturach, leczeniu, uczeniu, wychowywaniu, budowie gazociągów i tysiącu innych spraw.
Baron Rothschild stwierdził kiedyś: "Gdybym miał władzę tworzenia pieniądza, byłoby mi obojętne, kto ustanawia prawa". Dzisiejsze rządy mają tę władzę i jest im wszystko jedno, co myślą obywatele, jakich praw się domagają.
Większości ludzi wydaje się, że tak musi być, bo ulegają złudzeniu, że to, co istnieje, jest konieczne. Są jednak wyjątki. Są jeszcze "szaleńcy". którzy podważają pozorne oczywistości i uważają np., że banki centralne nie powinny istnieć, że najlepszym pieniądzem jest pieniądz kruszcowy, że najlepszym sposobem finansowania inwestycji jest oszczędzanie, a nie kredytowanie, że usługi, takie jak służba zdrowia i ubezpieczenia społeczne, szkolnictwo, może i powinien oferować wolny rynek, a nie państwo, że gospodarka rozwija się najlepiej jako "ład spontaniczny", a nie jako scentralizowany system zarządzany przez inżynierów społecznych.
Owe pozornie niepodważalne prawdy kwestionuje m.in. Instytut Misesa - młody think-tank wolnorynkowy, który od 2003 roku podejmuje inicjatywy wydawnicze i edukacyjne obliczone na zmianę świadomości społeczeństwa w długim okresie. We wrześniu odbędzie się III Seminarium Instytutu Misesa poświęcone zagadnieniom wolności gospodarczej. Koncentrujemy się na gospodarce, bo to od niej zależy efektywny i sprawiedliwy system własności, bo nie ma wolności bez własności. Demokracja i wybory wcale nie gwarantują swobód obywatelskich.
Zapraszamy na Letnie Seminarium Austriackie w Radziejowicach 10-12 września 2010.
Komentarze
-
-
Czytał.
Pozdrawiam.
Witold Falkowski 12.07.2010, 01:39
zaloguj się aby komentować



Bardzo ciekawe... a czytał Pan "Atlas abuntowany" Ayn Rand?