"Imperium"- odcinek 2
![]()
Mróz paraliżował skostniałe ze starości trzewia staruszki. Zmrożone stalaktyty szybko zadomowiły się we wnętrznościach kobiety wędrując w górę, przez płuca aż do gardzieli. Zaniemówiła na wieki. Wcześniej była w stanie wymamrotać do swojego syna pojedyńcze słowa takie jak: Jeść! Boli! Won łachudro! Ta łachudra krzątała się wokół niej bezładnie. Jej pięćdziesięcioletnie dzieciątko posiadało podstawową wiedzę o tym jak odkroić kawał mięsa i podgrzać go w kotle. Wiedział jak dokonać aktu defekacji w specjalnym, śnieżnym zagłębieniu w kącie lodowej chatki. Poza tymi umiejętnościami nie potrafił nic. Matka nauczyła go mówić, ale ni pisać, ni czytać nie umiał. Ze ścierwa wieloryba ostał się tylko czubek ogona. Starczyło zaledwie na trzy śniadania, dwa obiady i jeden podwieczorek. Para wadliwych neuronów, które pijane tańczyły w głowie przygłupa, pozwoliła mu jeszcze na zapoznanie się z powagą sytuacji, a ta naprawdę była nie do pozazdroszczenia. Matka konała od lat, ale teraz ten złowieszczy maraton miał być zakończony ostatecznym opuszczeniem skarlałego szkieletu przez duszę kobiety. Zgon przeżartej mrozem niewiasty oznaczał to samo dla jej bękarta. W swojej głupocie był na tyle rozważny by zacząć się tym przejmować. Na przejmowaniu jednak skończyło się i rosły humanoid oparł się o lodową ścianę chaty zastygłszy w rozważaniu o tym, jak dokończyć żywota swego. Mikroskopijne otwory wpuszczały do wnętrza powietrze ogrzewane przez ten sam kociołek, który czynił ciepłym mięsiwo wielorybie. Ropa się kończyła, co oznaczało rychłe nadejście zmarzliny, a tym samym kres wszystkiego, co organiczne. Kościste resztki kobiety jeszcze dychały. Przeszklone, pozbawione powiek ślepia skierowały się po raz ostatni na postawnego durnia. Kobiecie wyciekła z prawego oka ostatnia łza. Gogłov, bo takie imię nosiło jedyne, co po niej pozostanie po odejściu, stał wpatrzony w nią bez wyrazu. Świadoma nieuchronnej śmierci, podgrzała siłą swej woli ostatki swoich mięśni. Uniosła koscistą rękę na wysokość kilkunastu centymetrów, jednak dla niej ten ruch był wysiłkiem porównywalnym z lotem w przestworza. Gogłov drgnął. Zbliżył się do konającej matki.Intuicja podpowiadała mu, że szkielet chce mu coś przekazać, ale krępująca go bezradność pozwoliła mu jedynie przyklęknąć. Złapał kobietę za rękę, ale ona energicznym ruchem odepchnęła jego dłoń. Przeobraziła wiotką dłoń w piąstkę i uderzyła w lodową ścianę chatki. Jeden, drugi, trzeci. Pięść upadła na ziemię ze zmęczenia, ale udało jej się wykuć niewielki otwór. Gogłov zsumowawszy potencjał swoich neuronów rozeznał zamiar matki. Kopnął w ścianę rzeźbiąc maleńki przesmyk w kształcie rombu. Mroźny oddech jałowej krainy wdarł się do środka i sparaliżował na chwilę obie istoty. Koścista, konająca postać po raz ostatni uniosła rękę, wystawiła trzęsący się, podły jak wykałaczka palec wskazujący i skierowała go na mały, czarny punkt, który widać było przez wywiercony kopniakiem w ścianę przerębel. Wieczna mgła okazała się przez moment łaskawą. Ustąpiła. Gogłov dostrzegł, ze ten czarny, niewyraźny punkt to zasadzona na horyzoncie, potężna siedziba w kształcie spirali. Gdy mgła łaskawości swej w końcu odmówiła zakrywając czarnu punkt na nowo, matuli już nie było. Palec wskazujący zamrazł na wieki wraz z całą postacią. Ostatnie krople ropy parowały, mróz atakował wnętrze. Nie było rady. Trzeba było Gogłovowi opuścić chałupę i zaryzykować wyprawę w nieznane miejsce. Pewności przeżycia nie było żadnej, zaś w chacie pewność śmierci była absolutną. Pozostawało nałożyć zmurszały korzuch i wyruszyć w nieznane... c.d.n.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


