Melina welcome to...
autor:
Antoni Gąssowski
![]()
Radomska welcome to...
Przyjaciółka otworzyła mi drzwi. Już na schodach słyszałem zajadłe
szczekanie. To Stefan ze zjeżoną sierścią ujadał na balkonie.
„Uspokój się, to tylko menelskie pieski” – ułagodziła go moja znajoma i
wyprosiła z balkonu.
Balkon, na którym rezyduje w letnie dni szpico podobny rudy kundel
Stefan, wychodzi na Radomską. Ta uliczka wcina się w głąb osiedla.
Tuż przy rogu od strony Grójeckiej jest narożna brama, przez którą wchodzę
się na klatkę schodową, wiodącą do mieszkania moich znajomych..
Brama – to za dużo powiedziane. To żeliwne, ponure drzwi - z
domofonem, a jakże.
Są zaklętym wejściem do szczególnego interioru ... do wnętrza kamienicy.
Trzeba to obejrzeć, by uwierzyć, że takie zjawisko ostało się jeszcze w XXI
wieku w stolicy europejskiej.
Naprzeciw czeka na mnie winda – pudełko o wymiarach metr na metr, ze
zbrązowiałymi od gaszenia petów guziczkami wskazującymi piętra. Jest ich
pięć plus alarm oraz stop. Te ostatnie są przepalone na wylot i nie działają.
Jeśli kogoś „zatrzyma” w windzie i nie ma telefonu komórkowego, może sobie
tam siedzieć... do upojenia (dlatego mieszkańcy zawsze mają przy sobie jakąś
flachę).
W windzie oszałamia mnie feeria aromatów winno moczowych
przemieszanych z bukietem stęchlizny i kapusty, którego zatykająca nos
smuga wdziera się szczelinami wydrapanymi w ściankach z dykty. Lustra na
szczęście brak.
Mieszkanie moich znajomych jest enklawą tego Harlemu. Od tła
odrapanych ścian odcinają się porządne drewniane drzwi a z upiornej klatki
schodowej wchodzi się tam, jak z szybu kopalnianego do jednego z ogrodów
Semiramidy. Ale to już inna bajka. Tylko dlaczego oni tam jeszcze mieszkają?
Z zamiłowania do egzotyki? „Tajemnica pamiętnika, nie wie o niej nikt.”
Klatka schodowa gigant w domisku przy zbiegu Grójeckiej i Radomskiej
składa się z zakamarków i dziwnie ogromnych przestrzeni, rozrzutnie
zaprojektowanych. Po prostu...przed wojną.
Jest to swoisty labirynt. Na ile przepastny, świadczy to, że wchodzę od
Grójeckiej, a stojąc na balkonie widzę sam środek Radomskiej.
Radomska jest zabytkiem extra klasy, to rewir od najdawniejszych lat
zwany Pekinem, mimo, że wygląda na pozór normalnie.
Codziennie jest tu jakaś akcja: albo kogoś wynoszą albo wnoszą, policja
w odblaskowych koszulkach szuka dilerów po piwnicach. Bywa, że podjeżdża
straż pożarna lub miejska i karetka, bo...ktoś się zagazował w jakimś
tajemnym pomieszczeniu.
W tym pejzażu falują gentelmeni nigdy nietrzeźwiejący. Ciekawe, że nawet
nie „szpecą pleneru”, jakoś się w niego winkrustowują .
A plener, jak plener. Uliczka. Krzewy, nawet zadbane, chodnik wyłożony
obowiązkową kostką Bauma. Domy są zlepione ze sobą w jeden ciąg. Każdy
segment oznaczony kolejnym numerem jest pomalowany na inny zdechły
kolor. Gama od zwiędłego różu, poprzez groszek „pod ósemką” aż do odcieni
szarości i brązu do końca ulicy. Trudno wyczuć, czy mieszając farby
korzystano z cmyka, czy z pantonu.
Z brudnego różu pierwszego segmentu „wystają” balkony. Zunifikowane,
puste i pokryte rdzawym nalotem.
Vis a vis jest mały pawilon. Mieści w sobie sklepik spożywczy bez
alkoholu, z kilkoma drożdżówkami, ladą chłodniczą wypełnioną nabiałem dla
niewielkiej rodziny, kropelką mleka; jest też i odrobina innych artykułów
spożywczych. Wśród słodyczy królują batoniki „Bajeczne.”
Jest też kilka jabłek i grapefruitów.
Obok sklepu mieści się zakład z lustrami, odwieczny. W witrynie lustra i
ramy, podobno od trzydziestu lat te same. Jedna nawet ładna, mahoniowa,
owalna.
Dalej już nie ma nic ciekawego, tylko mały budynek i schodki, wąskie,
kamienne, wiodące do jakichś zamkniętych drzwi. Co jest w środku , nie
wiadomo.
Na schodkach przez całą wiosnę, lato i jesień leży spłaszczona wypracowana
poduszka pełniąca rolę ławeczki dla miejscowych, którzy tam siadują
gawędzą, obserwują, piją piwo, wino oraz wszystko, co pija się na
Radomskiej.
Pod parterowymi oknami jednego z segmentów („pod szóstką”), na byłym
trawniku, z którego pozostało coś w rodzaju klepiska, jest placyk
bankietowy. Funkcjonuje w letnie niedziele. Pojawia się tu stolik „ z
napojami”, przy nim piknikują mieszkańcy zza parterowych okien...i goście.
Wzdłuż ulicy parkują oczywiście samochody, przeróżne, od trabanta po
Porsche.
Może nikt w to nie wierzyć, ale na Radomskiej jest podobno bezpiecznie.
Rodzime towarzystwo bawi się w swym kręgu, nikogo nie zaczepia i nie lży.
Dilerzy działają we własnym zakresie a hedoniści z ulicy Radomskiej żyją
pełnią swego szczęścia i nie mają za złe obcym przechodniom, że tego
szczęścia nie chcą z nimi dzielić. Ich dzień kończy się już po dwudziestej
pierwszej, nie mają siły na dalsze świętowanie codzienności i idą spać.
Ten o ksywce „Spoko”, z wiecznie podbitym prawym okiem (pewnie ma
leworęczną żonę), uprzejmie mówi dobry wieczór, nawet gdy chwieje się jak
przy dziewiątce w skali Beauforta.
Psów na Radomskiej w bród. Skośnie pełzające kundle, wilczasty na
łapach jak od starej wanny, jamniczko-wyżeł w kropki, pinczerek
uśmiechnięty krzywym zgryzem, mała czarna hienka z łupieżem.
Pieski żyją w symbiozie z uczestnikami ulicznych dionizji, a szczekają
często i chętnie, jak to „menelskie pieski”.
Spokojnie czekają, aż państwo się wybawią i zabiorą je na pokoje.
Noc sylwestrowa trwa jednak na Radomskiej aż po północ. Mieszkańcy
„zarywają” przeszło dwie godziny snu, by rozświetlić uliczkę fajerwerkami i
petardami. Korki od szampana nie strzelają, bo szampana nie mają, a inne
napoje dawno wypite.
Lokatorzy domu, do którego zawsze wchodzę z chętnym domysłem
zobaczenia czegoś extra, przewijają się jak w korowodzie panopticum
osobliwości.
Niektórzy „ dzicy” są już wykwaterowani, na ich miejsce przybywają inni
może i dzicy, lecz z przydziałami na „komunalne apartamenty”.
Jeden sąsiad upił się raz na amen. Po menelu, który zszedł na skutek
wódeczki mieszka - menel grzeczny, nieduży i nieco trzeźwiejszy w dzień.
Zabrakło też pewnej super sąsiadki, ślad po niej zaginął.
Była to malownicza niewiasta o stukilowych gabarytach, czasami wpadała do
moich znajomych „ pożyczyć papierosa”, przeważnie była przyodziana w
śliwkowy peniuar. Znałem ją z opowieści do tego popołudnia, gdy właśnie
wpadła po marlboro, którego „wolała od swoich”- jak się zwierzyła.
Gdy tego upalnego popołudnia zmierzałem do znajomych na pogaduszki
„ o sprawach, ludziach i zwierzętach” już w eleganckiej windzie czułem, że
coś wyjątkowego spotka mnie ante portas. Nie zawiodłem się.
Drzwi sąsiadów „prawych i lewych” stały otworem. Wewnątrz, na
kuchennych stołach płonęły wielkie cmentarne znicze. Żywym, radosnym
blaskiem. W świetle płomyków majaczyły butelki, odbijające tęczowo słupki
rozświetlonych knotów.
Z jednych drzwi ku drugim przemieszczała się akurat, a raczej
płynęła, podsuszona dama w czerni z pełną szklanką w dłoni. Chciała mnie z
niej koniecznie poczęstować i zawiodła się, gdy podziękowałam. Wiedziałem,
że ten przejrzysty płyn to nie woda.
Było to przyjęcie „na dwa lokale”, wydawane przez – jak się okazałopajęczarzy,
którzy podczepili się pod prąd moich znajomych. Gdy ich
rachunki za elektryczność wzrosły podejrzanie, zainterweniowali. Wszystko
się wydało i sąsiadom odłączono energię.
Wcale się nie obrazili ani na „poszkodowanych” ani na elektrownię. Pili sobie
spokojnie wódeczkę przy zniczach a światło przedświtu żegnało ich rytualne
posiady i gasiło „lampy”...
Tam właśnie, na znajomym mi piątym piętrze odbywało się podczas moich
poprzednich odwiedzin „menelskie wesele”. Pamiętne. Panna młoda w
trudnym do określenia wieku ( pomiędzy czterdziestką a siedemdziesiątką )
stanęła na ślubnym kobiercu z jednym z sąsiadów i przyjęcie falowało „na
dwa domy”.
Panna młoda występowała w niebieskiej sukni do pięt i czyniła honory
obu melin.
Pana młodego pewnie już skosiło, bo nie wyłaniał się z czeluści domu
weselnego. Po klatce peregrynowały drużby i inni goście, od jednych do
drugich drzwi.
Jedno z mieszkań ( tych „od zniczy”) służyło jako magazyn napojów.
Drzwi były otwarte, panna młoda wynosiła kolejne butelki ze skrzynek
stojących w murowanym cegłą, nietynkowanym (jeszcze?) przedpokoju.
Scenografię wnętrza uzupełniało pranie na sznurku.
Wesele trwało do rana i było huczne...jak to wesele.
Stefan szalał, nie dał się spacyfikować. Pewnie nigdy w życiu tak się nie
naszczekał.
Obok bramy wiodącej do Harlemu przy Grójeckiej jest mały bank za
oszklonymi wielkimi oknami. Jest też bankomat a obok miniaturowe biuro
turystyczne z ekspozycją reklam podróży zapraszających w świat, a nawet
dalej....
Przyjaciółka otworzyła mi drzwi. Już na schodach słyszałem zajadłe
szczekanie. To Stefan ze zjeżoną sierścią ujadał na balkonie.
„Uspokój się, to tylko menelskie pieski” – ułagodziła go moja znajoma i
wyprosiła z balkonu.
Balkon, na którym rezyduje w letnie dni szpico podobny rudy kundel
Stefan, wychodzi na Radomską. Ta uliczka wcina się w głąb osiedla.
Tuż przy rogu od strony Grójeckiej jest narożna brama, przez którą wchodzę
się na klatkę schodową, wiodącą do mieszkania moich znajomych..
Brama – to za dużo powiedziane. To żeliwne, ponure drzwi - z
domofonem, a jakże.
Są zaklętym wejściem do szczególnego interioru ... do wnętrza kamienicy.
Trzeba to obejrzeć, by uwierzyć, że takie zjawisko ostało się jeszcze w XXI
wieku w stolicy europejskiej.
Naprzeciw czeka na mnie winda – pudełko o wymiarach metr na metr, ze
zbrązowiałymi od gaszenia petów guziczkami wskazującymi piętra. Jest ich
pięć plus alarm oraz stop. Te ostatnie są przepalone na wylot i nie działają.
Jeśli kogoś „zatrzyma” w windzie i nie ma telefonu komórkowego, może sobie
tam siedzieć... do upojenia (dlatego mieszkańcy zawsze mają przy sobie jakąś
flachę).
W windzie oszałamia mnie feeria aromatów winno moczowych
przemieszanych z bukietem stęchlizny i kapusty, którego zatykająca nos
smuga wdziera się szczelinami wydrapanymi w ściankach z dykty. Lustra na
szczęście brak.
Mieszkanie moich znajomych jest enklawą tego Harlemu. Od tła
odrapanych ścian odcinają się porządne drewniane drzwi a z upiornej klatki
schodowej wchodzi się tam, jak z szybu kopalnianego do jednego z ogrodów
Semiramidy. Ale to już inna bajka. Tylko dlaczego oni tam jeszcze mieszkają?
Z zamiłowania do egzotyki? „Tajemnica pamiętnika, nie wie o niej nikt.”
Klatka schodowa gigant w domisku przy zbiegu Grójeckiej i Radomskiej
składa się z zakamarków i dziwnie ogromnych przestrzeni, rozrzutnie
zaprojektowanych. Po prostu...przed wojną.
Jest to swoisty labirynt. Na ile przepastny, świadczy to, że wchodzę od
Grójeckiej, a stojąc na balkonie widzę sam środek Radomskiej.
Radomska jest zabytkiem extra klasy, to rewir od najdawniejszych lat
zwany Pekinem, mimo, że wygląda na pozór normalnie.
Codziennie jest tu jakaś akcja: albo kogoś wynoszą albo wnoszą, policja
w odblaskowych koszulkach szuka dilerów po piwnicach. Bywa, że podjeżdża
straż pożarna lub miejska i karetka, bo...ktoś się zagazował w jakimś
tajemnym pomieszczeniu.
W tym pejzażu falują gentelmeni nigdy nietrzeźwiejący. Ciekawe, że nawet
nie „szpecą pleneru”, jakoś się w niego winkrustowują .
A plener, jak plener. Uliczka. Krzewy, nawet zadbane, chodnik wyłożony
obowiązkową kostką Bauma. Domy są zlepione ze sobą w jeden ciąg. Każdy
segment oznaczony kolejnym numerem jest pomalowany na inny zdechły
kolor. Gama od zwiędłego różu, poprzez groszek „pod ósemką” aż do odcieni
szarości i brązu do końca ulicy. Trudno wyczuć, czy mieszając farby
korzystano z cmyka, czy z pantonu.
Z brudnego różu pierwszego segmentu „wystają” balkony. Zunifikowane,
puste i pokryte rdzawym nalotem.
Vis a vis jest mały pawilon. Mieści w sobie sklepik spożywczy bez
alkoholu, z kilkoma drożdżówkami, ladą chłodniczą wypełnioną nabiałem dla
niewielkiej rodziny, kropelką mleka; jest też i odrobina innych artykułów
spożywczych. Wśród słodyczy królują batoniki „Bajeczne.”
Jest też kilka jabłek i grapefruitów.
Obok sklepu mieści się zakład z lustrami, odwieczny. W witrynie lustra i
ramy, podobno od trzydziestu lat te same. Jedna nawet ładna, mahoniowa,
owalna.
Dalej już nie ma nic ciekawego, tylko mały budynek i schodki, wąskie,
kamienne, wiodące do jakichś zamkniętych drzwi. Co jest w środku , nie
wiadomo.
Na schodkach przez całą wiosnę, lato i jesień leży spłaszczona wypracowana
poduszka pełniąca rolę ławeczki dla miejscowych, którzy tam siadują
gawędzą, obserwują, piją piwo, wino oraz wszystko, co pija się na
Radomskiej.
Pod parterowymi oknami jednego z segmentów („pod szóstką”), na byłym
trawniku, z którego pozostało coś w rodzaju klepiska, jest placyk
bankietowy. Funkcjonuje w letnie niedziele. Pojawia się tu stolik „ z
napojami”, przy nim piknikują mieszkańcy zza parterowych okien...i goście.
Wzdłuż ulicy parkują oczywiście samochody, przeróżne, od trabanta po
Porsche.
Może nikt w to nie wierzyć, ale na Radomskiej jest podobno bezpiecznie.
Rodzime towarzystwo bawi się w swym kręgu, nikogo nie zaczepia i nie lży.
Dilerzy działają we własnym zakresie a hedoniści z ulicy Radomskiej żyją
pełnią swego szczęścia i nie mają za złe obcym przechodniom, że tego
szczęścia nie chcą z nimi dzielić. Ich dzień kończy się już po dwudziestej
pierwszej, nie mają siły na dalsze świętowanie codzienności i idą spać.
Ten o ksywce „Spoko”, z wiecznie podbitym prawym okiem (pewnie ma
leworęczną żonę), uprzejmie mówi dobry wieczór, nawet gdy chwieje się jak
przy dziewiątce w skali Beauforta.
Psów na Radomskiej w bród. Skośnie pełzające kundle, wilczasty na
łapach jak od starej wanny, jamniczko-wyżeł w kropki, pinczerek
uśmiechnięty krzywym zgryzem, mała czarna hienka z łupieżem.
Pieski żyją w symbiozie z uczestnikami ulicznych dionizji, a szczekają
często i chętnie, jak to „menelskie pieski”.
Spokojnie czekają, aż państwo się wybawią i zabiorą je na pokoje.
Noc sylwestrowa trwa jednak na Radomskiej aż po północ. Mieszkańcy
„zarywają” przeszło dwie godziny snu, by rozświetlić uliczkę fajerwerkami i
petardami. Korki od szampana nie strzelają, bo szampana nie mają, a inne
napoje dawno wypite.
Lokatorzy domu, do którego zawsze wchodzę z chętnym domysłem
zobaczenia czegoś extra, przewijają się jak w korowodzie panopticum
osobliwości.
Niektórzy „ dzicy” są już wykwaterowani, na ich miejsce przybywają inni
może i dzicy, lecz z przydziałami na „komunalne apartamenty”.
Jeden sąsiad upił się raz na amen. Po menelu, który zszedł na skutek
wódeczki mieszka - menel grzeczny, nieduży i nieco trzeźwiejszy w dzień.
Zabrakło też pewnej super sąsiadki, ślad po niej zaginął.
Była to malownicza niewiasta o stukilowych gabarytach, czasami wpadała do
moich znajomych „ pożyczyć papierosa”, przeważnie była przyodziana w
śliwkowy peniuar. Znałem ją z opowieści do tego popołudnia, gdy właśnie
wpadła po marlboro, którego „wolała od swoich”- jak się zwierzyła.
Gdy tego upalnego popołudnia zmierzałem do znajomych na pogaduszki
„ o sprawach, ludziach i zwierzętach” już w eleganckiej windzie czułem, że
coś wyjątkowego spotka mnie ante portas. Nie zawiodłem się.
Drzwi sąsiadów „prawych i lewych” stały otworem. Wewnątrz, na
kuchennych stołach płonęły wielkie cmentarne znicze. Żywym, radosnym
blaskiem. W świetle płomyków majaczyły butelki, odbijające tęczowo słupki
rozświetlonych knotów.
Z jednych drzwi ku drugim przemieszczała się akurat, a raczej
płynęła, podsuszona dama w czerni z pełną szklanką w dłoni. Chciała mnie z
niej koniecznie poczęstować i zawiodła się, gdy podziękowałam. Wiedziałem,
że ten przejrzysty płyn to nie woda.
Było to przyjęcie „na dwa lokale”, wydawane przez – jak się okazałopajęczarzy,
którzy podczepili się pod prąd moich znajomych. Gdy ich
rachunki za elektryczność wzrosły podejrzanie, zainterweniowali. Wszystko
się wydało i sąsiadom odłączono energię.
Wcale się nie obrazili ani na „poszkodowanych” ani na elektrownię. Pili sobie
spokojnie wódeczkę przy zniczach a światło przedświtu żegnało ich rytualne
posiady i gasiło „lampy”...
Tam właśnie, na znajomym mi piątym piętrze odbywało się podczas moich
poprzednich odwiedzin „menelskie wesele”. Pamiętne. Panna młoda w
trudnym do określenia wieku ( pomiędzy czterdziestką a siedemdziesiątką )
stanęła na ślubnym kobiercu z jednym z sąsiadów i przyjęcie falowało „na
dwa domy”.
Panna młoda występowała w niebieskiej sukni do pięt i czyniła honory
obu melin.
Pana młodego pewnie już skosiło, bo nie wyłaniał się z czeluści domu
weselnego. Po klatce peregrynowały drużby i inni goście, od jednych do
drugich drzwi.
Jedno z mieszkań ( tych „od zniczy”) służyło jako magazyn napojów.
Drzwi były otwarte, panna młoda wynosiła kolejne butelki ze skrzynek
stojących w murowanym cegłą, nietynkowanym (jeszcze?) przedpokoju.
Scenografię wnętrza uzupełniało pranie na sznurku.
Wesele trwało do rana i było huczne...jak to wesele.
Stefan szalał, nie dał się spacyfikować. Pewnie nigdy w życiu tak się nie
naszczekał.
Obok bramy wiodącej do Harlemu przy Grójeckiej jest mały bank za
oszklonymi wielkimi oknami. Jest też bankomat a obok miniaturowe biuro
turystyczne z ekspozycją reklam podróży zapraszających w świat, a nawet
dalej....
Komentarze
zaloguj się aby komentować



Dobre i mocne:))) Moja sąsiadka, Pani Renia, ma jamniko-wyżła w kropki. Wygląda na jeszcze starszego, niż ona:) Ma na imię Kapsel, ale mówimy na niego Reniek:)