Po Cafe Museum marsz!
![]()
W „Cafe Museum”syczy. Skwierczy. Bulgocze. Ulewa się z gara. Pryska. Tu buzuje od smaków. Ślina z gęby cieknie w czasie lektury i po.
„Cafe Museum” Od lat śledzę, mało tego jestem niepoprawnym fanem, najbardziej smakowitego programu o gotowaniu, w telewizyjnej dwójce. Z niecierpliwością zatem sięgnąłem po (tu przyznam się bez bicia) pierwszą książkę Pana Roberta. Makłowicz potrafi opowiadać i to jak. Gotować i to jak. W czasie przyrządzania potraw snuje opowieści. Innym razem przywołując zapomniane historie nad patelnią, nad garncem, na równinie, w górach, w deszczu, w słońcu pichci znakomite dania. Z autorem udajemy się na południe. Jesteśmy w węgierskiej Papie. W Wiedniu w „Drei Husaren” oraz tytułowym „Cafe Museum”. W „Cafe Havelka”. W burdelu. W Siedmiogrodzie pochylamy się nad historią Szwabów, Czangów, Seklerów. Spotykamy Rusnaków. Obserwujemy świniobicie na Węgrzech, jedynej w swoim rodzaju świni, występującej tylko w tej części Europy ,mangalicy. Prawie udaje się nam dojechać koleją do Sarajewa. Na wyspie Molat cofamy się o pięćdziesiąt lat i jesteśmy świadkami wielkiego wydarzenia a mianowicie odwiedzin tej małej wysepki. Przez kogo? Kto ja odwiedził? Nie kto inny tylko sam wódz Jugosławii, Josif Tito. Taki bohater. Wypiął się nawet Stalinowi. Dowiadujemy się co jadł? A czego nie znosił, nie tykał. Mógłbym przywoływać historie od których w książce Makłowicza aż się roi. Może lepszym wyraz byłoby kipi, kto wie? Zachęcam do lektury. Po „Cafe Museum” marsz! „Cafe Museum” to książka smaczna. W niej syczy. Skwierczy. Bulgocze. Ulewa się z gara. Pryska. Tu buzuje od smaków. Ślina z gęby cieknie w czasie lektury i po. Ile tu ryb, zup rybnych. Gulaszów wszelakiej maści. Gołąbków zawijanych w liście winogron, w kwaszoną kapustę. Ile tu smacznej kiełbasy z mangalicy…na wyliczanie potraw, przystawek miejsca nie starczy i nic się nie przypala… A antidotum na pomieszanie zmysłów jest schłodzone białe wino z wodą mineralną albo bez. Tudzież palinka, rakija co koji i siecze a jeśli jest domowej roboty to i u siecze i ulula a na drugi dzień wstaniemy z lekką głową. „Cafe Museum” nie postawimy na półce z napisem książki kucharskie ani z książki historyczne. To nie przewodnik ani reportaż. To zaproszenie na Południe na ziemie dawnych Austrio-Węgier, byłej Jugosławii, do Siedmiogrodu. A co tam jest, ktoś zapyta a ja odpowiem Panie a czego tam nie ma?
Komentarze
zaloguj się aby komentować


