Pomacaj sobie przycisk
![]()
Być może powinienem napisać to w Rozkminkach Malkontenta, ale w sumie problem dotyczy mojego Miasta.
Od 2 listopada znowu działają tzw 'ciepłe przyciski'. Pominę już fakt, że ktoś w mediach postanowił to urządzenie nazwać "ciepłym guzikiem", bo nie infantylność nazwy tu chodzi.
Istotą przycisku od samego początku miała być wolność wyboru, czy chcemy w zimie na każdym przystanku łapać świeże powietrze, czy też może wybieramy możliwość ogrzewania się. Pamiętam nawet, że gdy świętowaliśmy tę "nowość", podstawą działania systemu było zamykanie drzwi gdy nikt już nie wsiadał i nie wysiadał, nawet jeśli pojazd wciąż stał na przystanku. Dzięki temu straty ciepła były minimalne.
Jednak jak co roku, Buka opuściła Dolinę Muminków tak niespodziewanie, że stolica nie zdążyła sprawdzić prognozy pogody. Buka zablokowała śniegiem drogi, chamy na drogach zablokowały skrzyżowania, w na skrzyżowaniach utknęły tramwaje. Komunikacja miejska pogrążyła się w korkach. Te z kolei udzielają się pasażerom, którzy gromadzą się na przystankach niczym pingwiny na Antarktydzie, po czym szturmują każdy pojazd komunikacji, który zdołał się do nich przedrzeć. Byleby tylko podjechać odrobinę, nie stać pod nie dającą prawie żadnej osłony "nowoczesną wiatą" (vide: Krakowskie Przedmieście). Byle uciec od dmącego oddechu zimy. I przy okazji na przykład nie irytować się, że Straż Miejska wciąż nie wlepiła kary bezmózgowcowi, który w jednej z wiat przystankowych przy Dworcu Centralnym urządza sobie kramik z używanymi książkami, zajmując miejsce ludziom chcącym jako tako chronić się przed wiatrem. Niedowiarkom polecam sprawdzić, a najlepiej od razu zrobić mu powtórkę z Pudziana i Najmana...
Gdy wreszcie coś przyjedzie, zaczyna się problem: na każdym przystanku otwierane są wszystkie drzwi, bo jest gigantyczny tłok. A gdy już nastąpi wymiana ludności, nie zamykają się już choćby nie wiem co. Tym samym ciepły przycisk przestaje spełniać swoje założenia. Co najlepsze, wielu kierowców i motorniczych przepisy ma tam, gdzie nam - pasażerom - jest dość zimno. Chyba nie muszę mówić gdzie. Objawia się to zwyczajnym otwieraniem wszystkich drzwi, więc nawet jeśli przystanek nie cieszy się zbytnim powodzeniem i nikt nie chce wysiąść, wszyscy muszą łykać świeże powietrze.
Nic, tylko pogratulować...
Istnieją w tym mieście jeszcze inne przyciski, które doprowadzają mnie do białej gorączki. Zasadniczo miały one przyspieszać zapalanie się zielonego światła. W wielu miejscach ich działanie sugeruje jednak, że projektowali je pijani studenci, by zaliczyć na tróję jakiś podrzędny przedmiot. Podchodząc do świateł i widząc, że samochody przestają nas mijać i powoli stają przed sygnalizatorem, każdy sądzi, że za chwilę zapali się prostopadłe zielone i będzie można przejść. Praktyka pokazuje, że będzie można przejechać, ale aby można było przejść w tym samym kierunku, w którym jadą samochody, trzeba było nacisnąć żółte ustrojstwo na słupie. Nie nacisnąłeś? To postoisz jeszcze jedną kolejkę i się nauczysz, że tutaj nic nie jest logiczne. Przycisk przyspieszający zielone światło stał się władcą tego światła. Zdaj się na jego łaskę, lub stój jak bałwan (którego powoli zaczynasz przypominać z wyglądu), śmiertelniku.
Bywa też czasem, że skurczybyk nie dość, że zawzięcie broni swego terytorium decyzyjnego, to jeszcze nijak nie chce zaakceptować moich czułych pieszczot. Dawniej przyciski były normalne. Naciskało się okrągły kształt, który wjeżdżając w obudowę aktywował sterownik i do tego jeszcze zapalał się, by upewnić naciskającego, że takie działanie ma sens. Sensory dotykowe są bardziej wybredne. Pieszczę je, macam, łaskoczę, miziam, czule pocieram; gdyby każdy wyposażyć w jakąś elektroniczną łechtaczkę, pod wpływem moich czułości słup krzyczałby w ekstazie tak, że słychać by go było trzy przecznice dalej. A tu nic. Napis "proszę czekać" nie zamierza się zapalić. Metoda "na Tysona" też niczego nie gwarantuje. Szybciej przewrócisz słup, albo połamiesz obudowę. Długi kontakt intymny również nie podnieca oziębłej żółtej kochanki. Swego czasu Michael Luo z New York Timesa wykazał, że w Nowym Jorku 2500 na 3250 guzików jest nieaktywnych i działa na zasadzie placebo i jestem w stanie uwierzyć, że u nas jest podobnie, tylko że ktoś nawalił i nawet ten cholerny napis nie chce się zapalić.
Placebo, czy nie, przyciski miały gwarantować nam szybsze dotarcie do domu. Ciepłego domu. O ile w lecie chętnie postoję przy otwartych drzwiach w tramwaju, a na przejściu sam z siebie przeczekam trzy tury świateł, żeby pooglądać ciekawe samochody, o tyle w zimie na samą myśl o tym bałaganie mam ochotę krzyczeć najbardziej popularny, pięcioliterowy wyraz na "k". I obiecuję, że albo coś się tu zmieni, albo zacznę stosować nowe urządzenie do przyciskania.
Młot wyburzeniowy.
Komentarze
zaloguj się aby komentować



Przyjemnie się czyta. Masz niezłe pióro i nie mówie tu o młocie wyburzeniowym. ;-)