Ratownicy z krypty - czyli horror z Kielc
![]()
„Historyjkę z dreszczykiem” opowiedziała mi moja mama. Był rok 56 lub 58, nie pamięta dokładnie, za to pamięta wydarzenie, którym przez rok żyły całe Kielce.
Casus miał miejsce na cmentarzu, nocą oczywiście, jak to w opowieści grozy...
„Zdarzyło się to na tzw. Starym cmentarzu kieleckim. Nieopodal na górce był cmentarz Nowy – dziś już jest nazwany starym, a jeszcze niżej ( bo ta ulica, jak inne kieleckie ” wjeżdża „ do góry i opada w dół – jak to w sercu Gór Świętokrzyskich) – najstarszy cmentarz prawosławny (dziś „prastary”). Tego lata były upały jak w rosyjskim Wierchopolu, tak więc pogrzeby odbywały się „na cito” a ulice były trasami mijających się karawanów.Karawan to było zjawisko szczególne. Konie ciągnęły oszkloną gablotę zdobną po rogach w srebrne aniołki, woźnice byli w czarnych szamerowanych srebrnymi aplikacjami uniformach i w rogowych czapkach. To był jedyny funeralny pojazd, orszak szedł pieszo. Jeden z takich karawanów zawiózł na miejsce wiecznego spoczynku pana złotnika, który przez długie lata miał zakład przy ulicy Wesołej. Pan złotnik nazywał się Srebrnicki, ale srebrem się nie zajmował. Obok rezydował ze swoim sklepem czapnik p. Dusza - właściciel pierwszego w Kielcach telewizora, w którym padał śnieżek i przez ten śnieżek majaczyły na ekranie różne, ledwie rozpoznawalne postacie. Od czasu do czasu można było dostąpić zaszczytu oglądania telewizji, a raczej - telewizora „Belweder”.
Pogrzeb pana złotnika miał miejsce na starym cmentarzu, grób rodzinny był nieopodal domku grabarza, który tam mieszkał i był jednocześnie dozorcą cmentarnym. Podobno pił sporo ( kto by nie pił w takim domostwie) i latem nie zamykał bramy na noc, bo już nie miał siły wstawać. Zimą owszem, bo zmrok zapadał w porze kiedy jeszcze grabarz był w miarę sprawny.
W środku nocy po pogrzebie pana złotnika rozległ się łomot do drzwi. Otworzyła grabarzowa w koszuli nocnej. Na schodkach falował trzymając się kurczowo poręczy osobnik w stanie histerii szokowej. Krzyczał, że w krypcie jest trup. Trup w krypcie jest to „zjawisko” normalne, ale dalszy ciąg tej makabrycznej historii ujawnił się, gdy przyjechało pogotowie i milicja. Okazało się, że ów osobnik, to jedna z hien cmentarnych, drugą hienę znaleziono martwą... w krypcie. Ale żywy za to był pan złotnik, tylko nadawał się do reanimacji. Hieny obudziły złotnika z letargu, ale wszystkie szczegóły tej sprawy zna moja przyjaciółka. Zna je .. „ze sprawy” bo jej ojciec był obrońcą hieny pozostałej przy życiu”.
Tyle opowiedziała mama, tak więc nie pozostało mi nic innego, jak poprosić Bożenę – tą że przyjaciółkę o nieco więcej informacji. Jest o kilka lat starsza od mamy, więc relacje ma szczegółowsze, tym samym barwniejsze. ”Biegli sądowi, po wielu staraniach, aby w ogóle pozwolono ich włączyć do procesu , stwierdzili, że złodziej „ nekroman” w ogóle nie nadaje się do sensownych zeznań. W końcu został na lata pacjentem szpitala psychiatrycznego w Morawicy a dalsze jego losy okryło zapomnienie, gdy tylko przycichła cała sensacja. Mojemu ojcu udało się odbyć z nim kilka rozmów w areszcie, o ile można je było nazwać rozmowami, bo facet był prawie out of mind, miał tylko okienka w pamięci.” – opowiadała mi Bożena.- „Ponieważ groził mu zarzut spowodowania śmierci „kolegi” , adwokat musiał z tych okienek skorzystać , aby w sądzie mieć jakiekolwiek argumenty obrony.
Pokusą dla złodziei były złote zęby, w które był „wyposażony” właściciel zakładu złotniczego. A zachętą szybki pochówek oraz ...sama krypta z jeszcze nie zamurowaną trumną. Otóż: wzięli młotek, rozwalili kłódkę i władowali się do grobowca ...ciąg dalszy możesz sobie wyobrazić, albo wcale sobie go nie wyobrażaj.
Po mocnym ciosie młotkiem w zęby, „nieżywy” pan złotnik podobno złapał szabrownika- cmentarnika za rękaw.
Ten padł. Sekcja wykazała atak serca, lub wylew, tego nie pamiętam dokładnie. Gdyby nie obudzony nieboszczyk pewnie nawet by zamotali w procesie wyniki autopsji i ojciec nic by nie wskórał. A tak chociaż wybronił tego wampira z oskarżenia o zabójstwo, reszty nie miał szansy bronić, zresztą po co.? Ja bym tej cmentarnej sprawy w ogóle nie wzięła, ale matka faceta błagała prawie na kolanach”.( Bożena jest też adwokatem).
„ Musieliśmy w domu ojca błagać, żeby uchylił nam rąbka prawniczej tajemnicy. Zgodził się pewnie ze względu na ten...dreszczyk. Na salę sadową usiłowały się wcisnąć prawie całe Kielce, ale woźny pan Trzeciak , niezwykle sumienny, działał jak Rejtan, wpuścił tylko wybranych „szczęśliwców”, którzy z jakichś tam racji mogli być „publicznością”. Dziennikarze ze Słowa Ludu notowali, notowali, ale i tak nic z tego nie wyszło, bo gazeta dostała zakaz publikacji. Podobno decyzją kieleckiego UB... Nie wiem, co miało do tego UB, ale wtedy miało coś do wszystkiego.” Tyle opowiedziała mi córka adwokata broniącego cmentarnej hieny.
Koleżanka mamy z podstawówki jest dziś psychiatrą. Ona też pamięta to i owo, więc i Martę pociągnąłem za język. „Spadek Mauppassanta to przy tym pikuś „ – powiedziała. ( Chodziło jej o nowelę, w której rodzinka nie doczekawszy jeszcze pochówku przystąpiła do spadkobrania podczas gdy babka spoczywała jeszcze na katafalku. Spoczywała do momentu, w którym kapnęła jej na policzek stearyna z gromnicy...Rodzina zebrana na dole w salonie nagle usłyszała szuranie i głos: „gdzie jest mój zegar?”. Babka stała w czerni u szczytu schodów.).
Pytam Martę jak to było z tymi letargami. „ Zdarzały się , a wtedy ludzie nie tak często umierali w szpitalu. Gdy jest podłączona aparatura reanimacyjna, wiadomo, kiedy ktoś umiera naprawdę. A wtedy? Przychodził lekarz domowy, stwierdzał zgon i koniec. Był zwyczaj odczekania trzech dni do pogrzebu, ale podczas upałów różnie bywało.” Marta też zetknęła się z tą historią, jak wszyscy w Kielcach. „ Tłum kłębił się od rana pod bramą cmentarza a w tym tłumie moi sąsiedzi. Tam właśnie krążyły relacje z pierwszej ręki. Gdyby nie to, że ten złodziej zaraz zemdlał, żona dozorcy zatrzasnęła by drzwi myśląc że to zwykły pijak, a tak, to zadzwoniła po pogotowie, a pogotowie zawiadomiło milicję, więc dokonano odkrycia w grobowcu. Trzeba powiedzieć, że złotnik miał szczęście” - Czy to możliwe, aby ktoś umarł ze strachu? – pytam Martę.- „ Możliwe, ze strachu można też osiwieć w ciągu kilku minut”.
Nasza ostatnia wizyta w Kielcach przebiegła więc pod znakiem opowieści z krypty.
Wyobraziłem sobie wtedy , co przeżył Tomek Sawyer z Huckiem Finnem na cmentarzu, gdy byli mimowolnymi świadkami akcji Metysa Joe i jednookiego Hiszpana, którzy potem wrobili w zabójstwo Muffa Pottera. Jak widać fikcja literacka czasem dorównuje faktom z życia wziętym.
Przeszedłem przez ulicę Wesołą, jest bardzo długa, ciągnie się stromo od dawnego rynku; jak inne „ podjeżdża” pod górę . Po jubilerskim zakładzie ani śladu, nie ma też czapnika, za to są tam wszystkie kieleckie zakłady pogrzebowe ( przedzielone gmachem Filharmonii Kieleckiej). A że są przy Wesołej? Na warszawską Wólkę Węglową wiodą też ulice: Wodewil i Estrady. Samo życie.
Jedna z równoległych do Wesołej ulic nazywa się Mała ( przed 90 rokiem Kilińskiego) i kilka lat dokonano „sensacyjnego odkrycia” , że londyński Kuba Rozpruwacz, pochodził z Kielc i mieszkał właśnie przy Małej. Ulica Mała, wielki show: telewizja pokazała wtedy ten dom i stare skansenowe , zaniedbane podwórko.
Kielce kryją też jeszcze jedną, równie niezwykłą tajemnicę, ale to już inna historia i opowiem ją następnym razem.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


