Szabłowski i duch Chatwina
![]()
O, rzesz kurwa! Mieć trzydzieści lat i napisać taką książkę, to dopiero jest sztuka. Szabłowski napisał książkę, którą pożera się w jedno popołudnie.
Zabójca z miasta moreli.
Do książki Witolda Szabłowskiego podchodziłem ze trzy razy. Najpierw w księgarni „Tarabuk” zerknąłem na półkę z nowościami wydawnictwa „Czarne”. Jest no to jest. Trudno a mało to w takim przybytku książek, hm? Drugim razem zerknąłem na okładkę i patrzę. Patrzę i co? Ano znak drogowy. Tyle. A na nim dorysowana para oczu. Odłożyłem. Aż tu nagle pewnego jesiennego wieczoru zjawił się mój bratanek Jaho i powiada, że ma ciekawą książkę i że w „Trójce” ją czytają. Też mi coś, że w ”Trójce” -pomyślałem. Ale dobra. Wziąłem w rękę i ciach, zacząłem przeglądać. Miał rację skubany.
No tak, notka o autorze. Dobra. Dalej. Mapa Turcji. Dalej. Pierwszy rozdział „Litery”. Krótki. Dalej. Następny „Zamiast wstępu”, ooooooooo. I tu nagle się zatrzymałem. Wsiadłem wraz z autorem na prom, który przemierzał właśnie Cieśninę Bosfor i wysiadłem na drugim jej brzegu. Słowem zostałem między kartkami.
„Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” Witolda Szabłowskiego składa się z kilkunastu reportaży. Jedne krótkie ale cholernie intensywne, jak choćby wspomniany na początku „Zamiast wstępu” albo ostatni „To jest właśnie Turcja” . Inne dłuższe jak „Nazim”, „To z miłości siostro” ale intensywne tak samo.
Najpierw przepłynąłem Bosfor a potem usiadłem po turecku i zacząłem chłonąć historie przedstawiane przez autora. Po pierwszej wpadłem jak śliwka w kompot. To story Nazima Hikmeta, poety, komunisty, włóczęgi, babiarza, przyjaciela Tuwima, znajomego Iwaszkiewicza. Tu spotkamy i Stalina wraz z całą świtą, towarzyszy z PRL-u, towarzyszy z Bułgarii. Zresztą sam bohater jest zatroskanym towarzyszem o towarzyszy… Przemierzamy Euro-Azję od Stambułu via Bułgaria, via Warszawa po Moskwę. Ile tu wątków. Ile osób. A historii tyle samo co ludzi albo jeszcze więcej.
Poznajemy historię architekta Sinana, tureckiego Michała Anioła, którego marzeniem było wybudowanie meczetu większego niż Hagia-Sofia. Poznajemy z wielkim humorem opisane wtajemniczenia w życie seksualne jakiego podejmują się Immamowie przy pomocy bananów i prezerwatyw. Siedzimy w Sali kinowej oglądając pierwsze erotyczne movie. Pijemy z Mustafą piwo, który wie, że Turków i Turcji nienawidzi tak Zachód jak i Wschód. A z jakiego powodu ano z prostego . „Bo jesteśmy najlepsi. Naj - lep-si” podkreśla Mustafa.
Dowiadujemy się również, że długość wąsów w Turcji ma znaczenie i to nie byle jakie. Wąs, niby taki zwykły wąs a jednak. Nagle aura wesołości pęka i znajdujemy się po ciemnej stronie cieśniny. W Azji? W Europie? Gdzie? Po ciemnej stronie.
W „To z miłości siostro” Hatice jedna z bohaterek zasłania usta i nie chce mówić. Po chwili wprowadza nas w świat honorowych zabójstw jakich dokonują mężowie, bracia, ojcowie na swych niewiernych córkach, żonach, matkach, siostrach. A wszystko to z miłości. Z miłości do honoru. Do tradycji. Z musu. Bo tak! Kobiety się zabija ale też się sprzedaje („ Czarna dziewczyna”) w jednym z miast trudni się tym procederem około czterysta rodzin. Ale najpierw je się szpeci, gwałci, uzależnia od narkotyków. A potem „skolko ugodno”.
A jakby tego było mało to zahaczamy o przedpiekla Stambułu („Czyściec Stambułu”) z którego wyznawcy Allaha szmuglują również wyznawców Proroka pod osłoną nocy na pobliskie greckie wyspy a potem dalej w świat.
Wreszcie odwiedzamy rodzinne strony Mehmeta Ali Agcy znanego bliżej każdemu Polakowi jako Ali Agca czyli ten, który chciał zabić Papieża w „Zabójcy z miasta moreli”. Szabłowski jako jeden z niewielu dziennikarzy zostaje wpuszczony do domu brata Ali Agcy. Pyta. Drąży. Świdruje. Kąsa jak wygłodniały pies swoich rozmówców, którzy na każde pytanie kiwają jak misie kwaczki zgodnie głowami rysując ikonę swojego, wspaniałego, wielkiego, znanego na cały świat kuzyna albo milczą kiedy pytanie idzie nie po ich myśli. „Skoro wszystkich kochał i dla wszystkich chciał dobrze, to dlaczego został terrorystą?” To pytanie zbija Adnana i rozmowa się urywa.
Szabłowski jest oczytany, żyje krajem w którym przebywa. Ma fenomenalna pamięć historyczną. Na dodatek swoje historie dosmacza. Rozpędza je powoli aby nie dostały zadyszki. Umie rozmawiać. Umie słuchać. Nie narzuca się swoim bohaterom. Wtapia się w krajobraz. Dzięki temu oni chcą z nim być i snują niełatwe, zaplątane, często mroczne historie niczego nie chcąc w zamian.
O, rzesz kurwa! Mieć trzydzieści lat i napisać taką książkę, to dopiero jest sztuka. Szabłowski napisał książkę, którą pożera się w jedno popołudnie. Wciąga jak heroinę. Smakuje jak słodką turecką kawę, zagryza suszonymi morelami. Na dodatek napisana jest pięknym i oszczędnym językiem. Autor cyzeluje słowa. Składa je w zdania z których nic się nie wylewa.
Tak potrafił pisać tylko Bruce Chatwin, nieżyjący od dwudziestu jeden lat mistrz reportażu. Czyżby Szabłowski spotkał gdzieś po drodze wędrującego ducha Chatwina i u niego pobierał nauki?
„Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”, Witold Szabłowski, Czarne 2010.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


