Szpital Bródnowski
![]()
Kiedy Kasia rodziła Michałka, w Szpitalu Bielańskim nie było dla niej miejsca. Zaproponowano jej Szpital Bródnowski. Odmówiła, twierdząc, że woli urodzić w Bielańskim na podłodze niż w tamtym na łóżku. Dwa miesiące wcześniej do Szpitala Bródnowskiego trafiła jej prababcia ze złamanym biodrem. Jak mówi Kasia: „tylko ze złamanym biodrem”. Nie doczekała praprawnuka. Nie rozumiałam jej obaw, przecież to zupełnie inne oddziały, więc i personel medyczny trudno porównywać.
Kiedy na początku maja
tego roku, moja 98 letnia babcia dostała udaru mózgu, odwieziono Ją
do szpitala na Bródnie. Nie miałam nadziei na Jej wyzdrowienie.
Personel placówki również nie, o czym świadczą słowa pani
doktor opiekującej się Babcią, która stwierdziła, że przecież
Babcia jest stara i tak umrze. Nie doceniła ani swojej starej
pacjentki ani opiekującej się nią rodziny.
Po tygodniu wyklepywania,
masowania, zmianowej obecności córek i wnuków, Babcia otworzyła
oczy, nawet się uśmiechnęła, próbowała coś powiedzieć. Nie
mogła. Poprawa była krótkotrwała, stan Babci pogorszył się.
Możliwe, że powodem było odnowienie się wrzodów. Niespokojną
noc, pełną babcinego cierpienia, pielęgniarka skomentowała: „ale
z niej awanturnica, będziecie mieli z nią kłopot”. Zmieniono
sposób odżywiania. Nastąpiła poprawa. Po trzech tygodniach,
Babcia potrafiła wymienić prawie wszystkie imiona sześciorga
dzieci i ośmiorga wnucząt. Wszyscy odzyskali nadzieję.
Najbardziej ucieszył się
personel, bynajmniej nie ze zwykłej ludzkiej życzliwości. Po
prostu, nadarzyła się sposobność by pozbyć się pacjentki, przy
której łóżku całymi dniami przesiaduje rodzina. I chociaż
wszystkie czynności (prócz podawania lekarstw) przy babci
wykonywali Jej najbliżsi, to oni przeszkadzali pielęgniarkom
najbardziej. Byli świadkami niechęci części personelu do
częściowo sparaliżowanych chorych (opieszałość w opróżnianiu
przepełnionych worków z moczem, w zmianie pełnych pieluch u osób
sparaliżowanych, do których rodzina przychodziła rzadziej, rzadka
kontrola kroplówek, które czasami nie spływały jak należy czy
niedopilnowanie pacjenta, czego efektem był jego upadek na podłogę).
Korzystając z chwilowej
poprawy stanu zdrowia, przeniesiono Babcię na inny oddział. Nie
powiadomiono o tym zdezorientowanej rodziny, mało tego, okazało się
że wśród personelu nikt nic nie wie, trzeba szukać samemu. Nowy
zespół nie został poinformowany o słabych żyłach pacjentki, w
efekcie płyn z kroplówki zamiast do żyły dostał się pod skórę.
W bardzo ciężkim stanie Babcia wróciła do pierwotnej sali.
Nie odzyskała
świadomości. W tej obcej, wyczyszczonej z ludzkiej życzliwości
szpitalnej przestrzeni, ku wściekłości pielęgniarek z nocnej
zmiany, Babcia nie odchodziła w samotności. Dzięki zrozumieniu
jednej pani doktor, przy umierającej Babci była córka, która
trzymając Ją za rękę, wypowiadała słowa modlitwy. Babcia
przeżyła dwie wojny światowe, trzy fronty, komunizm, a wykończyła
Ją „opieka” szpitalna.
Teraz jestem w stanie
zrozumieć strach mojej koleżanki przed tym szpitalem. Zgadzam się,
że nie można oceniać całości przez część, że jak istnieją
różni ludzie, tak też są różni lekarze i różne pielęgniarki.
Jednak czuję się oszukana i zawiedziona. Kiedy oddaję bliską mi
osobę pod opiekę służbie medycznej, to oczekuję pełnego
zaangażowania w ratowanie życia bez względu na wiek, niczego
więcej...
Komentarze
zaloguj się aby komentować


