To już nie Konopielka
![]()
Kiedy Edward Redliński pisał o ciemnych białostocczańskich chłopach, miastowi wszelkimi sposobami próbowali ich ulepszać.
Teraz o zakusach Joanny Bojańczyk.
Ewa Wiktoria Redel
***
W małej mazurskiej wsi, gdzie stacjonujemy weekendowo i wakacyjnie, ludność dzieli się na dwie grupy. Miejscowych i tzw warszawiaków. Ci drudzy wprowadzali się tu w miarę, jak pierwsi się wyprowadzali, który to proces powoli, lecz nieuchronnie trwa od 20 lat.
Dacz nie ma, nowi osiedlili się tylko w starych, opuszczonych siedliskach. Ziemia marna, gospodarki małe, gospodarze, którzy zostali, coraz starsi. Młodzi, jak moga uciekają, bo jak mi powiedział 17 letni syn sąsiadów, który uczęszcza do technikum samochodowego: -pracować za 5 zł za godzinę? Nie ma mowy. I zaraz po ukończeniu szkoły, która, jak twierdzi, niczego poza papierkiem nie daje, wybiera się do Niemiec.
Ale są jeszcze tacy, co zostali. Tkwią, jak Ślimak na swojej placowce, uprawiając kawałek piaszczystego pola. Trzymają krowę i parę sztuk inwentarza, czasem zarżną świnię. Dzięki nim wiadomo jeszcze, czym jare różni się od ozimego, kiedy się orze, kiedy sieje. Dzięki nim można dziecku przybyłemu ze Szwecji pokazać, jak wygląda krowa w jej naturalnym otoczeniu, a nie na obrazku w książce.
Oni wcale nie chcą, żeby tutaj słychać było tylko śpiew ptasząt i kumkanie żab (tego coraz mniej, bo bagna schną). Marzą, żeby we wsi było, jeśli nie całkiem, to bardziej światowo: latarnie, bita droga, kanalizacja, Internet.
Dziewczyny, póki jeszcze tu są, chciałyby uprawiać jogging.
Warszawiacy przeciwnie. Ci chcą, żeby tu uchował się rezerwat wsi spokojnej, wsi wesołej. Cisza, ptaszki, łany zbóż, zagony kapusty, hoży rolnicy i rumiane gospodynie. Czasem może ukazać się tu i ówdzie dzikie zwierzę, dla potwierdzenia, że znajdujemy się na dziewiczym terenie. Gospodarze zaś powinni podtrzymywać odwieczny rytuał siania, żęcia i zbierania. I jak najmniej używać traktorów, które hałasują. No i żeby było od kogo kupić jajka, żeby ktoś rzucił okiem na dom, gdy państwo przebywają na posadkach w stolicy. Ktoś przecież musi zostać na tym piachu poprzecinanym wąwozami, wzgórzami, strumykami (miejscowi mówią: struga) i jeziorami.
I tak sobie tu żyjemy, w tej niezgodności interesów próbując utrzymać jako taką, chwiejną bo chwiejną, równowagę. Próbując się porozumieć i chyba nie mogąc się porozumieć. Nie mając ani wspólnych celów, ani pewności czy modernizacja kraju działa na naszą korzyść.
Joanna Bojańczyk, 3 maja 2010
Komentarze
zaloguj się aby komentować


