Wybory w najbiedniejszym państwie Europy
![]()
Państwo, gdzie przez brak zainteresowania obywateli nie można wybrać prezydenta i gdzie wybory odroczono z powodu święta ludowego.
Referendum konstytucyjne w Mołdawii
Gdy 5 września odbyło się pierwsze referendum konstytucyjne we współczesnej, niepodległej Mołdawii wydawało się, że kraj wreszcie czekają poważne zmiany. Referendum miało rozwiązać kryzys polityczny, spowodowany sytuacją, w której parlament nie jest zdolny do wyboru głowy państwa. W dwóch nieudanych próbach wyboru prezydenta (10 października i 7 grudnia 2009 roku) jedyny kandydat - Marian Lupu z Sojuszu (Aliansu) dla Europejskiej Integracji (AEI), nie został wybrany przez deputowanych, ponieważ dla osiągnięcia koniecznej kwalifikowanej większości 3/5 potrzebne było wsparcie komunistów. Ci, stanowczo odmówili wspierania czterech demokratycznych partii - zwycięzców wyborów parlamentarnych z lata 2009 roku.
W referendum obywatele mieli odpowiedzieć na pytanie czy są za zmianą artykułu konstytucji, w którym określa się sposób wyboru głowy państwa. Przyjęcie poprawki oznaczałoby powrót do sytuacji z lat 90-ych, kiedy to obywatele bezpośrednio wybierali prezydenta.
Wszyscy aktorzy mołdawskiej sceny politycznej byli pewni powodzenia referendum i szykowali się do listopadowych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Liderzy proeuropejskiego Aliansu, prowadzili kampanię referendalną, ale już zarazem wyborczą, przekonując ludzi do zmiany konstytucyjnej, ale i do swoich kandydatów.Ku wielkiemu zdumieniu i rozczarowaniu AEI referendum się nie powiodło. Centralna Komisja Wyborcza nie mogła uznać wyników, bo do urn dotarło mniej niż konieczne 33% głosujących - frekwencja wyniosła zaledwie 29,05%!
Kiszyniów, mamy problem
Badania opinii publicznej ujawniły kilka powodów fiaska referendum. Po pierwsze, partie demokratyczne nie skupiły się dość mocno na kampanii informacyjnej, nie wytłumaczono ludziom do czego potrzebny jest ich głos. Co więcej, tak jak już wspomniano, partie uczyniły z referendum preludium wyborów, co odepchnęło obywateli od urn.
Innym ważnym czynnikiem był oczywiście bojkot ogłoszony przez Partię Komunistyczną oraz zakrojona na szeroką skalę dezinformacja przeprowadzona przez komunistów na prowincji (większość Mołdawian żyje na wsi utrzymując drobne gospodarstwa). Doszło wręcz do sytuacji, że wielu starszych ludzi uważało iż przedmiotem referendum jest... przyłączenie kraju do Rumunii (przed wojną Mołdawia była częścią tego kraju)!
Znów do urn, ale po święcie
Po fiasku referendum w Kiszyniowie, przewodniczący parlamentu i jednocześnie pełniący funkcję tymczasowego prezydenta Mihai Ghimpu z Partii Liberalnej, musiał jak najszybciej rozwiązać zgromadzenie i ogłosić datę kolejnych wyborów parlamentarnych. Według prawa parlament należało rozwiązać nawet do 16 czerwca, ale wtedy, z powodu zaplanowanego referendum, Ghimpu przedłużył pracę deputowanych. Ostatecznie zgromadzenie funkcjonowało jeszcze przez miesiąc po wakacjach, nim w końcu zostało rozwiązane 28 września.
Kolejne problemy pojawiły się prędko. Tymczasowy prezydent miał ogłosić przedterminowe wybory parlamentarne na termin nie późniejszy niż 60 dni od rozwiązania zgromadzenia. W prasie mołdawskiej rozeszła się już nawet wieść, że przywódcy koalicji wybrali dzień 21 listopada. Mihai Ghimpu odmówił wyznaczenia tej daty. Powód? Celebrowany jest wtedy dzień Św. Archaniołów Michała i Gabriela - patronów wielu mołdawskich wsi. Tradycyjnie obchodzone wówczas święto nazywa się hram, nikt nie pracuje, ale zakrapiany dzień (Mołdawianie chętnie popijają wówczas młode wino) nie sprzyja też głosowaniu!
Na kolejny termin, 28 listopada, przypadały... imieniny Mihaia Ghimpu, co wielu komentatorów też uznało za poważną przeszkodę. Na kolejną, niekonstytucyjną zwłokę jednak się nie zdecydowano i ostatecznie to tego dnia odbędą się wybory.
Co tym razem?
Pozornie porażka w referendum przywróciła liderów Aliansu do pionu i, po raz kolejny, przekonała, że korzystne dla nich jest zjednoczenie sił do walki z komunistami. A jednak, mimo to, rządzące partie zdecydowały się iść do wyborów samodzielnie, choć pod warunkiem, że nie będą się zachowywać agresywnie wobec siebie w trakcie kampanii wyborczej. Ich głównym zadaniem pozostaje teraz praca z elektoratem (przede wszystkim zwyciężenie obojętności wyborców), a także jak najszybsze opracowanie wspólnego programu działania po wyborach.
Kampania znowu przebiega brutalnie, angażują się w nią różnymi zachętami wspierając swych faworytów Rosja, Rumunia i Unia Europejska, a sondaże pokazują nieznaczną przewagę partii proeuropejskich. Proporcjonalny system, przy progu wyborczym wynoszącym 4% zagwarantuje im rządy nawet mimo 40% poparcia dla komunistów. Ci ostatni znów zresztą próbują prowadzić brutalną kampanię. Między innymi zarzucają koalicjantom... niszczenie tam na Prucie i odpowiedzialność za powodzie, które mocno dotknęły latem Mołdawian. Czy Polacy skądś to znają?
Najgorsza wiadomość z Kiszyniowa brzmi jednak następująco: na przewagę 3/5 w nowym parlamencie żaden z dwóch obozów większych szans nie ma.
Ion Macovei (Kiszyniów)/FR
Zdjęcie: Tablica na kiszyniowskiej ulicy - Mołdawia rzucona między Rumunię i Rosję.
Komentarze
zaloguj się aby komentować


