Wydmy szczęśliwe
autor:
Zofia Wojciechowska
![]()
Wydmy szczęśliwe
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
( K.I Gałczyński” Prośba o wyspy szczęśliwe”)
Kiedy o świcie przyjdzie patrzeć na jezioro, zapomina się o wszystkich troskach
i niepokojach. Miejsce wydaje się nierzeczywiste, wprost nieprawdopodobnie piękne, a zarazem tajemnicze i do końca nieogarnione. Zwłaszcza, gdy spogląda się ze wzgórza Rowokół i podąża wzrokiem po lini wybrzeża, po wstęgach Łeby, Łupawy, na Mierzeję, Wyspę Kamienną i bezkres Bałtyku. I wypatruje się o świcie ptaków przedziwnych, które w okolicy mają miejsca lęgowe. Radość z ciekawością towarzyszą obserwacji brodźców, biegusów, batalionów, do tego rybitw; popielatych, różowych i tych czubatych, również długodziobych kulików i kszyków co wbrew opiniom cicho siedzą wśród turzyc na moczarach. Cisza współgra z lazurem, szarością, zielenią, także ochrą i wszystkimi jej odcieniami, które upodobał sobie Max Pechstein wędrując z paletą i sztalugami po wydmach i piaskach przybrzeżnych tej Błękitnej Krainy. Agnieszka zapamiętała owe tereny z dzieciństwa, z wakacji i szkolnych wycieczek w maju i czerwcu każdego roku.
Miała piętnaście lat kiedy wyjeżdżały z mamą ze Słupska do Niemiec w 1988 roku. Pomyślała wówczas, że traci na zawsze wszystko, co pokochała, a więc
wypady nad morze, kąpiele, ogniska wspólne z przyjaciółmi, noce pod namiotem
w Retowie i Smołdzinie, wędrówki wokół Łąckiej Góry i latarni w Czołpinie.
- Tam gdzie jedziemy będzie sto razy lepiej. Piękniejsze morza zobaczysz, a kąpać się będziemy w basenach z ciepłą wodą, w hotelach najdroższych - mówiła matka.
- Ale tam nikogo nie znamy, tam będziemy same i samotne - upierała się, nie chcąc pakować swoich sukienek do nowej, skórzanej walizy.
- I dobrze. Spokój nastanie. Dość już mam fałszywych przyjaźni, układów, koneksji, akceptowania karierowiczów i ich pociotków. Nie będę żebrać o każdy grosz, o podwyżkę, o pożyczkę, kartki i talony. Znajomości, zależności i kumoterstwo przestaną mnie obchodzić. Była często poirytowana, bo nieudane małżeństwo, nadmiar obowiązków i kłopoty finansowe nie ułatwiały życia. Frustracje narastały. Wyjeżdżały starym autem, bez pożegnań, po cichu, z nadzieją, że przed nimi lepszy bo zachodni świat. Lecz ów okazał się wbrew oczekiwanom nieprzystępny, rzekomo tylko łaskawy, na pozór wytworny i zamożny, w żadnym razie nie tak przychylny i oswojony jak ten pozostawiony za rzeką szeroką i borami.
Kto nigdy nie był w rezerwatach Gardnieńskie i Klukowe Lęgi, nie obserwował mewy śmieszki, zwanej Larus ridibundus, nie przyjrzał się perkozowi zausznikowi
o koralowych oczach, zabawnym podskokom tokującego żurawia czy kąpielom barwnego zimorodka, ten nie wie, jak zaskakujące jest piękno natury, jej siła
i majestat.
Johann jest naukowcem, ornitologia to jego specjalność, a fotografika pasją bez której żyć by nie umiał. Każdą wiosnę i jesień spędza w tym rejonie, w Słowińskim Parku Narodowym. O sobie mówi, że jest Kaszubą, nie Słowińcem, jak nazywają go niektórzy, lecz właśnie - luterańskim Kaszubą. Urodził się w Gardnie Wielkiej
Kiedy opuszczali Polskę w sześćdziesiątym trzecim, miał siedem lat. Dla takich jak oni nie było w ojczyźnie miejsca, pracy ani przyszłości. Nazwisko mieli nienajgorsze, tylko ich język, wyznanie, odwieczna do Brandenburgii i Prus przynależność, jakaś odmienność wydumana, do tego krewni w Niemczech.
Nie ich jednych napiętnowano. Ludowe kadry realizując program czystek etnicznych zmusiły wielu z nich do opuszczenia gospodarstw. Nie otrzymali na czas polskich dokumentów, bo druków zabrakło, porozumienia nie było, za to nieufność i uprzedzeń bez miary. Wrogo się do nich odnoszono.
- Co to za nazwiska? Prey, Kirk, Brocha, Wogatzky, Borowsky?
Cóż to za imiona; Gizela, Gertruda, Erwin, Eryk? - Jak wy mówicie?
- Po co tu siedzicie, wśród mokradeł i trzęsawisk? Na co czekacie?
- Jesteśmy Kaszubami, jesteśmy tutejszymi rybakami, gospodarzami z dziada
pradziada - odpowiadali.
- Jakiego pradziada? Niemca? Polska nastała! Wyście element wrogi, zgermanizowany i krzyżacki! Wynocha! Do Adenauera!
Najdramatyczniej było w Klukach wkrótce po wojnie, w czterdziestym szóstym
i siódmym. Na kaszubską ludność tam zamieszkałą wprost zawzięli się urzędnicy aparatu państwowego. Nie było litości. Wspominano to przez lata. Jeszcze nie zdążyli wsiąść na ciężarówki podstawione nocą przy drodze, jeszcze nie przeżegnali się na odjezdne, a już nowi osiedleńcy rozpakowywali tobołki i wiwatowali wznosząc butelki z samogonką. Ich bose dzieciaki wygrażały „germańcom”i skakały przez ogień wzniecony na podwórzach. Służby publicznego porządku poganiały opieszałych i maruderów którzy ziemię w woreczki zbierali jakby złoto zawierała, albo zdrowie miała przywracać. Szabrownicy zacierali ręce.
Płakali opuszczając ojcowiznę. Płakali latami, choć na Finkenwerder w Hamburgu
gdzie wielu z nich osiedlono, jest spokojnie jak na wsi, rzeka też ma piaszczysty, biały brzeg, szuwary gęste, rybacką przystań, szachulcowe domy kryte strzechą
i stary kościół z dobrodusznym pastorem. To jednak nie było to samo, co pozostało nad Pustynką, na bagnach i torfowiskach, wśród łąk zielonych nad jeziorem Gardno, na skraju boru świerkowego u wydm.
Johann godzinami przesiadywał nad Łabą, wpatrując się we wzgórze po przeciwnej stronie, niewielką latarnię i dal prowadzącą ku morzu. Tęsknił i marzył o powrocie, o tym by zobaczyć Swiętą Górę Kaszubów, o której opowiadała matka,
„ diabelski kamień” nad jeziorem, który wspominały ciotki i latarnię w Scholpin.
Nie interesowały go ogromne statki należące do HADAG, wybudowane w stoczni Bloom & Voss ani też światła wielkiego, obcego miasta. Polubił obserwowanie przyrody, zwłaszcza gnieżdżących się w zaroślach ptaków. Samotność Agnieszki była dotkliwsza. W nowej szkole nie dawała sobie rady. Do tego jej niemiecki wzbudzał wesołość klasy. Siedziała więc nad książkami i godzinami przygotowywała się do lekcji. W trudnych chwilach przywoływała w myślach dawnych przyjaciół i miejsca znane. Pragnęła spotkać kogoś ze Słupska by móc porozmawiać o ukochanym mieście, ale jakoś nie nadarzyła się taka okazja.
Na rozmowy z mamą nie było czasu, gdyż ta biegała przed i po kursie językowym
do urzędów, po porady, na dodatkowe lekcje i szpitalne dyżury.
Lata mijały, one stale były zajęte i zabiegane, bo przecież chciały dostosować się
do nowych realiów i wymogów, osiągnąć godną pozycję wśród obcych. Za to co zdobywały, płaciły drogo; oddalały się od siebie, gorzkniały, traciły wiarę
w miłość.
Poznali się na wernisażu w Akademii Katolickiej. Johann święcił tam tryumfy. Jego fotografie budziły ogromne zainteresowanie. Piękno Słowińskiego Parku porażało na nich magią szczegółów ze świata fauny i flory przedstawionych tak efektownie, jak na obrazach holenderskich mistrzów. Także widoki krajobrazów w biało- czarnej tonacji wywoływały nieoczekiwane skojarzenia, skłaniały do zadumy, wyciszały, ale i wyzwalały wyobraźnię. Nadwodne pejzaże; piaski i las zdawały się żywe i ruchome, przemawiały tajemną dramaturgią, przywoływały ku sobie, poruszały.
- A więc pan z tych samych stron co i ja. Nie byłam tam od siedemnastu lat – wyznała z nutą zażenowania Agnieszka.
Nie pamięta, co jej odpowiedział. Zresztą tyle osób było wokół niego,
wszyscy o coś pytali, wyrażali swoje opinie, dzielili się uwagami, dyskutowali.
Nikogo nie ignorował; wyjaśniał, opowiadał, zachęcał do podróży na polskie wybrzeże, mówił o jego wyjątkowej urodzie i gościnności miejscowych.
Poprosiła go o wizytówkę. Na odwrocie zapisał termin spotkania w uniwersyteckiej auli i swojego tam wykładu.
- On jest nadzwyczajny – rozmyślała. Ktoś, kto tak zauroczony jest przyrodą, kto robi takie zdjęcia... Niemiec, a mówi świetnie po polsku, ze spokojem, rozwagą
i mądrością... Przy tym wszystko wie i zna...
Zafascynował ją, zakochała się, poczuła smak szczęścia. Ta miłość stała się jej nadzieją, pragnieniem odmiany dotychczasowego stylu życia, ucieczką
w niezwykłość, poszukiwaniem wartości prawdziwych.
Zamarzyła o podróży do Słupska, Łeby i Smołdzina, z którego pochodziił
dziadek Alojz. Miała wrażenie, że obudziły się w niej uśpione pokłady dawnej wolności, radości i wiary. Zapragnęła przenieść się w przeszłość lub przywoływać ją z taką swobodą, jak czynił to Johann. Doznania nasiliły się po wysłuchaniu wykładu o unikatowych walorach Słowińskiego Parku Narodowego, wykładu wzbogaconego doskonałymi slajdami. Siedzieli potem przy kawie i wpatrywała się w niego; w dziwny blask jego niebieskich oczu, kształt gestykulujących dłoni, uśmiech łagodny.
- Jak wiele spraw można zrozumieć przez miłość - rozmyślała. Dowiedziała się,
że jest samotny, ale ma grono przyjaciół, że chodzi na prezentacje polskich filmów,
i lubi rozmowy z polskimi studentami.
Tym bardziej ją fascynował.
Kiedy dostała od niego zdjęcie orła nad wodą i autorski album z dedykacją,
miała poczucie, że nastąpily pierwsze w jej życiu znaczące przemiany, że odtąd podążać będzie za głosem serca, za pięknem, które nie tylko ją, lecz i jego urzekło.
Tak się złożyło, że pierwszą, wspólną podróż do Polski odbyli z niemieckimi studentami wiosną 2007 roku. Była to dwudziesto-ośmio osobowa, specjalnie dobrana grupa młodych ludzi, reprezentujących różne kierunki i zainteresowania.
Większość z nich miała polsko brzmiące nazwiska, wszyscy świadomość tego,
że ich rodziny wywodzą się z Pomorza, że są trzecim, nawet czwartym pokoleniem dawnych mieszkańców tych ziem. Niewiele jednak wiedzieli o kraju przodków,
nie mieli pojęcia jaka jest współczesna Polska. Agnieszka bała się, że nie spodoba im się to, co zobaczą, że będą wyśmiewać się z sąsiadów, o których przecież różnie pisano w ich prasie, że przyjdzie jej tłumaczyć się z naszych, nie najlepszych niekiedy zwyczajów i zachowań. Bała się ich rozczarowań i krytyki.
Tymczasem Słupsk ich zachwycił. Zainteresowali się nie tyle przeszłością, co współczesnością miasta. Owszem, uczestniczyli w wykładzie o pomorskich rodach Belowów, Puttkamerów, Zitzewitzów, nawet Massowów i von Krockow,
o ich dawnych i obecnych związkach z Pomorzem. Wysłuchali tego z uwagą, ale temat ich nie porwał. Pytań, ani dyskusji nie było. Inne wyrażali oczekiwania poznawcze. W centrum ich uwagi znalazły się sklepy, lokale, uczelnie, przede wszystkim młodzi ludzie, ich rówieśnicy. Odwiedzili Szkołę Policji i Akademię Pomorską. Zawierali znajomości, wymieniali adresy, poznawali się i umawiali na kolejne spotkania. Wyznaczyli sobie własny program zwiedzania. Johann nadal jednak był ich przewodnikiem i autorytetem. Opowiadał, tłumaczył, wyjaśniał, naprowadzał niektórych na ślady rodzinne odczytując stare dokumenty.
- Ja was kształcę i reslawizuję na pożytek Rzeczypospolitej - mówił żartując,
- a wy uciekacie we flirty, konkury i zaloty.
- Do mnie nikt się nie zaleca – oświadczyła Agnieszka i wtedy na oczach wszystkich przytulił ją, pocałował i wyznał szeptem, by nikt nie usłyszał: - Przecież od dawna jesteś moją ukochaną, moją jedyną i upragnioną...
Rozległy się brawa młodych, owacje spontaniczne, radosne, lecz Agnieszka wcale nie była zaskoczona, bo od pewnego czasu odbierała sygnały czułości, troski
zainteresowania. Zawsze jednak był powściągliwy, umiarkowany w wyrażaniu uczuć...
Wieczorami, gdy gawędzili siadał przy niej, przynosił herbatę lub lampkę wina, wysłuchiwał zwierzeń, doradzał. Na każdym kroku miał ją przy sobie i pilnował by się nie oddalała. Czuła tę relację, która ją dowartościowywała i uszczęśliwiała.
Tylko dzięki niemu ten jakże odmieniony po osiemnastu latach Słupsk potrafiła po części zaakceptować. Musiała mu pokazać kamienicę, w której mieszkała, szkołę, skwer na którym spotykała się z koleżankami, przychodnię w której pracowała jej matka. Nic nie było jak dawniej. Nic. Dom po remoncie w niczym nie przypominał tej uroczej rudery z wąską fasadą, stromymi schodami, kutą w żelazie balustradą
i jedynym balkonem na pierwszym piętrze.
Dębowe drzwi z mosiężną kołatką strzegły tajemnicy trzypoziomowej, wystawionej do wynajmu rezydencji w samym środku miasta. Sąsiednie, także odnowione budynki, chełpiły się i promowały mieszczącymi w nich biurami, kancelariami, agenturami, ekspozyturami, bądź filiami banków. Nie było możliwości zajrzeć na podwórka, miejsce dawnych zabaw i spotkań sąsiedzkich, gdyż każdy skrawek przestrzeni był w jakiś sposób zagospodarowany. Skwer zatracił swą dziką pierwotność. Szkołę zamknięto , bo trwały lekcje i nikt z zewnątrz nie miał na ten czas do niej wstępu. Tam gdzie była biblioteka, urządzono pizzerię. Na miejscu przychodni stanął pawilon handlowy. Ulice zastawiono szczelnie autami, a wszechobecny monitoring strzegł własności prywatnej i publicznego porządku.
- Jakże wszystko się zmieniło. Przeminęło najpiękniejsze – żaliła się czując,
że pielęgnowane przez lata sentymenty osłabły. Martwiła się, że nad morzem;
w Ustce, Łebie, Rowach też nie będzie jak dawniej, że nowe hotele, pensjonaty, wille, lokale o przedziwnych nazwach, krzykliwe bilbordy i banery zakłóciły dawny porządek, ograniczyły przestrzeń swobodną wpisaną w krajobraz pełen tajemnic, utrwalony w jej wspomnieniach i tęsknotach.
- Nie smuć się, nie denerwuj, przecież należysz do tego miejsca, to nadal
twoja ojczyzna w której byłaś, jesteś i będziesz – mówił Johann.
- Przed tobą byli tu książęta, hrabiowie i lud prosty, po którym śladów najwięcej.
- Słuchałaś przecież wykładu. - Oni wszyscy byli, są i pozostaną, bo dzieje tych ziem to wielotomowa księga. W tej księdze jesteś i ty. Nikt i nic nie jest w stanie odebrać ci prawa przynależności do tych stron. Musisz jednak zaakceptować przemiany. Ty także jesteś inna, nie ta co przed laty.
- Boję się, że nawet nad morzem doznam zawodu, że poczuję się obco.
- Natura nie zmienia się łatwo, a Park jest pod ścisłą opieką jego miłośników.
Nie martw się. Ujrzysz piękno i doznasz radości – przekonywał.
I znowu przytulił ją z czułością, z namiętnością, której narodzin wcale się nie spodziewał. Jego zamknięty i strzeżony dotąd świat otworzył się dla niej. Nie próbował sobie tłumaczyć, jak to się stało. Po prostu polubił rozmowy z nią, jej oczytanie, wrażliwość i tę dozę uporu z którą zmierzała zawsze do celu. Imponowała mu dociekliwością z jaką zgłębiała każdy poruszany temat, intrygowała nieugaszoną tęsknotą, do opuszczonych w przeszłości miejsc.
Czuł, że z każdym dniem coraz bardziej jej pragnie, że raczy się jej widokiem, marzy o niej i śni. Kiedy któregoś dnia o świcie we dwoje wybrali się nad Gardno, doznali olśnienia. Jednakowo zafascynowani, radowali się także sobą, szczęściem, co spełnia się w bliskości, daje rozkosz i upojenie. Przyroda ze swą nieprzemijającą urodą zawładnęła wszystkimi ich zmysłami. Wypełniły się marzenia, rozpaliła serca sceneria umiłowanego zakątka. Słońce wyłaniało się powoli znad Mierzei złocąc Świętą Górę Słowińców. Głosy ptaków były tak harmonijne i niebywałe, że zdawało się, iż śpiewają pieśń na cześć miłości tryumfującej. I wtedy uświadomiła sobie, że świat jego dzieciństwa i świat jej młodości to te same światy. Pojęła, że nieraz trzeba długo wędrować, żeby to zrozumieć, że czasami wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało takie samo. To właśnie miłość przemówiła do niej ukojeniem, którego od lat nie znała.
Sł.R
tekst: Sława Ratajczak, Hamburg
foto: Zosia Wojciechowska, stół z morskich plaż- śfmp 19
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.
( K.I Gałczyński” Prośba o wyspy szczęśliwe”)
Kiedy o świcie przyjdzie patrzeć na jezioro, zapomina się o wszystkich troskach
i niepokojach. Miejsce wydaje się nierzeczywiste, wprost nieprawdopodobnie piękne, a zarazem tajemnicze i do końca nieogarnione. Zwłaszcza, gdy spogląda się ze wzgórza Rowokół i podąża wzrokiem po lini wybrzeża, po wstęgach Łeby, Łupawy, na Mierzeję, Wyspę Kamienną i bezkres Bałtyku. I wypatruje się o świcie ptaków przedziwnych, które w okolicy mają miejsca lęgowe. Radość z ciekawością towarzyszą obserwacji brodźców, biegusów, batalionów, do tego rybitw; popielatych, różowych i tych czubatych, również długodziobych kulików i kszyków co wbrew opiniom cicho siedzą wśród turzyc na moczarach. Cisza współgra z lazurem, szarością, zielenią, także ochrą i wszystkimi jej odcieniami, które upodobał sobie Max Pechstein wędrując z paletą i sztalugami po wydmach i piaskach przybrzeżnych tej Błękitnej Krainy. Agnieszka zapamiętała owe tereny z dzieciństwa, z wakacji i szkolnych wycieczek w maju i czerwcu każdego roku.
Miała piętnaście lat kiedy wyjeżdżały z mamą ze Słupska do Niemiec w 1988 roku. Pomyślała wówczas, że traci na zawsze wszystko, co pokochała, a więc
wypady nad morze, kąpiele, ogniska wspólne z przyjaciółmi, noce pod namiotem
w Retowie i Smołdzinie, wędrówki wokół Łąckiej Góry i latarni w Czołpinie.
- Tam gdzie jedziemy będzie sto razy lepiej. Piękniejsze morza zobaczysz, a kąpać się będziemy w basenach z ciepłą wodą, w hotelach najdroższych - mówiła matka.
- Ale tam nikogo nie znamy, tam będziemy same i samotne - upierała się, nie chcąc pakować swoich sukienek do nowej, skórzanej walizy.
- I dobrze. Spokój nastanie. Dość już mam fałszywych przyjaźni, układów, koneksji, akceptowania karierowiczów i ich pociotków. Nie będę żebrać o każdy grosz, o podwyżkę, o pożyczkę, kartki i talony. Znajomości, zależności i kumoterstwo przestaną mnie obchodzić. Była często poirytowana, bo nieudane małżeństwo, nadmiar obowiązków i kłopoty finansowe nie ułatwiały życia. Frustracje narastały. Wyjeżdżały starym autem, bez pożegnań, po cichu, z nadzieją, że przed nimi lepszy bo zachodni świat. Lecz ów okazał się wbrew oczekiwanom nieprzystępny, rzekomo tylko łaskawy, na pozór wytworny i zamożny, w żadnym razie nie tak przychylny i oswojony jak ten pozostawiony za rzeką szeroką i borami.
Kto nigdy nie był w rezerwatach Gardnieńskie i Klukowe Lęgi, nie obserwował mewy śmieszki, zwanej Larus ridibundus, nie przyjrzał się perkozowi zausznikowi
o koralowych oczach, zabawnym podskokom tokującego żurawia czy kąpielom barwnego zimorodka, ten nie wie, jak zaskakujące jest piękno natury, jej siła
i majestat.
Johann jest naukowcem, ornitologia to jego specjalność, a fotografika pasją bez której żyć by nie umiał. Każdą wiosnę i jesień spędza w tym rejonie, w Słowińskim Parku Narodowym. O sobie mówi, że jest Kaszubą, nie Słowińcem, jak nazywają go niektórzy, lecz właśnie - luterańskim Kaszubą. Urodził się w Gardnie Wielkiej
Kiedy opuszczali Polskę w sześćdziesiątym trzecim, miał siedem lat. Dla takich jak oni nie było w ojczyźnie miejsca, pracy ani przyszłości. Nazwisko mieli nienajgorsze, tylko ich język, wyznanie, odwieczna do Brandenburgii i Prus przynależność, jakaś odmienność wydumana, do tego krewni w Niemczech.
Nie ich jednych napiętnowano. Ludowe kadry realizując program czystek etnicznych zmusiły wielu z nich do opuszczenia gospodarstw. Nie otrzymali na czas polskich dokumentów, bo druków zabrakło, porozumienia nie było, za to nieufność i uprzedzeń bez miary. Wrogo się do nich odnoszono.
- Co to za nazwiska? Prey, Kirk, Brocha, Wogatzky, Borowsky?
Cóż to za imiona; Gizela, Gertruda, Erwin, Eryk? - Jak wy mówicie?
- Po co tu siedzicie, wśród mokradeł i trzęsawisk? Na co czekacie?
- Jesteśmy Kaszubami, jesteśmy tutejszymi rybakami, gospodarzami z dziada
pradziada - odpowiadali.
- Jakiego pradziada? Niemca? Polska nastała! Wyście element wrogi, zgermanizowany i krzyżacki! Wynocha! Do Adenauera!
Najdramatyczniej było w Klukach wkrótce po wojnie, w czterdziestym szóstym
i siódmym. Na kaszubską ludność tam zamieszkałą wprost zawzięli się urzędnicy aparatu państwowego. Nie było litości. Wspominano to przez lata. Jeszcze nie zdążyli wsiąść na ciężarówki podstawione nocą przy drodze, jeszcze nie przeżegnali się na odjezdne, a już nowi osiedleńcy rozpakowywali tobołki i wiwatowali wznosząc butelki z samogonką. Ich bose dzieciaki wygrażały „germańcom”i skakały przez ogień wzniecony na podwórzach. Służby publicznego porządku poganiały opieszałych i maruderów którzy ziemię w woreczki zbierali jakby złoto zawierała, albo zdrowie miała przywracać. Szabrownicy zacierali ręce.
Płakali opuszczając ojcowiznę. Płakali latami, choć na Finkenwerder w Hamburgu
gdzie wielu z nich osiedlono, jest spokojnie jak na wsi, rzeka też ma piaszczysty, biały brzeg, szuwary gęste, rybacką przystań, szachulcowe domy kryte strzechą
i stary kościół z dobrodusznym pastorem. To jednak nie było to samo, co pozostało nad Pustynką, na bagnach i torfowiskach, wśród łąk zielonych nad jeziorem Gardno, na skraju boru świerkowego u wydm.
Johann godzinami przesiadywał nad Łabą, wpatrując się we wzgórze po przeciwnej stronie, niewielką latarnię i dal prowadzącą ku morzu. Tęsknił i marzył o powrocie, o tym by zobaczyć Swiętą Górę Kaszubów, o której opowiadała matka,
„ diabelski kamień” nad jeziorem, który wspominały ciotki i latarnię w Scholpin.
Nie interesowały go ogromne statki należące do HADAG, wybudowane w stoczni Bloom & Voss ani też światła wielkiego, obcego miasta. Polubił obserwowanie przyrody, zwłaszcza gnieżdżących się w zaroślach ptaków. Samotność Agnieszki była dotkliwsza. W nowej szkole nie dawała sobie rady. Do tego jej niemiecki wzbudzał wesołość klasy. Siedziała więc nad książkami i godzinami przygotowywała się do lekcji. W trudnych chwilach przywoływała w myślach dawnych przyjaciół i miejsca znane. Pragnęła spotkać kogoś ze Słupska by móc porozmawiać o ukochanym mieście, ale jakoś nie nadarzyła się taka okazja.
Na rozmowy z mamą nie było czasu, gdyż ta biegała przed i po kursie językowym
do urzędów, po porady, na dodatkowe lekcje i szpitalne dyżury.
Lata mijały, one stale były zajęte i zabiegane, bo przecież chciały dostosować się
do nowych realiów i wymogów, osiągnąć godną pozycję wśród obcych. Za to co zdobywały, płaciły drogo; oddalały się od siebie, gorzkniały, traciły wiarę
w miłość.
Poznali się na wernisażu w Akademii Katolickiej. Johann święcił tam tryumfy. Jego fotografie budziły ogromne zainteresowanie. Piękno Słowińskiego Parku porażało na nich magią szczegółów ze świata fauny i flory przedstawionych tak efektownie, jak na obrazach holenderskich mistrzów. Także widoki krajobrazów w biało- czarnej tonacji wywoływały nieoczekiwane skojarzenia, skłaniały do zadumy, wyciszały, ale i wyzwalały wyobraźnię. Nadwodne pejzaże; piaski i las zdawały się żywe i ruchome, przemawiały tajemną dramaturgią, przywoływały ku sobie, poruszały.
- A więc pan z tych samych stron co i ja. Nie byłam tam od siedemnastu lat – wyznała z nutą zażenowania Agnieszka.
Nie pamięta, co jej odpowiedział. Zresztą tyle osób było wokół niego,
wszyscy o coś pytali, wyrażali swoje opinie, dzielili się uwagami, dyskutowali.
Nikogo nie ignorował; wyjaśniał, opowiadał, zachęcał do podróży na polskie wybrzeże, mówił o jego wyjątkowej urodzie i gościnności miejscowych.
Poprosiła go o wizytówkę. Na odwrocie zapisał termin spotkania w uniwersyteckiej auli i swojego tam wykładu.
- On jest nadzwyczajny – rozmyślała. Ktoś, kto tak zauroczony jest przyrodą, kto robi takie zdjęcia... Niemiec, a mówi świetnie po polsku, ze spokojem, rozwagą
i mądrością... Przy tym wszystko wie i zna...
Zafascynował ją, zakochała się, poczuła smak szczęścia. Ta miłość stała się jej nadzieją, pragnieniem odmiany dotychczasowego stylu życia, ucieczką
w niezwykłość, poszukiwaniem wartości prawdziwych.
Zamarzyła o podróży do Słupska, Łeby i Smołdzina, z którego pochodziił
dziadek Alojz. Miała wrażenie, że obudziły się w niej uśpione pokłady dawnej wolności, radości i wiary. Zapragnęła przenieść się w przeszłość lub przywoływać ją z taką swobodą, jak czynił to Johann. Doznania nasiliły się po wysłuchaniu wykładu o unikatowych walorach Słowińskiego Parku Narodowego, wykładu wzbogaconego doskonałymi slajdami. Siedzieli potem przy kawie i wpatrywała się w niego; w dziwny blask jego niebieskich oczu, kształt gestykulujących dłoni, uśmiech łagodny.
- Jak wiele spraw można zrozumieć przez miłość - rozmyślała. Dowiedziała się,
że jest samotny, ale ma grono przyjaciół, że chodzi na prezentacje polskich filmów,
i lubi rozmowy z polskimi studentami.
Tym bardziej ją fascynował.
Kiedy dostała od niego zdjęcie orła nad wodą i autorski album z dedykacją,
miała poczucie, że nastąpily pierwsze w jej życiu znaczące przemiany, że odtąd podążać będzie za głosem serca, za pięknem, które nie tylko ją, lecz i jego urzekło.
Tak się złożyło, że pierwszą, wspólną podróż do Polski odbyli z niemieckimi studentami wiosną 2007 roku. Była to dwudziesto-ośmio osobowa, specjalnie dobrana grupa młodych ludzi, reprezentujących różne kierunki i zainteresowania.
Większość z nich miała polsko brzmiące nazwiska, wszyscy świadomość tego,
że ich rodziny wywodzą się z Pomorza, że są trzecim, nawet czwartym pokoleniem dawnych mieszkańców tych ziem. Niewiele jednak wiedzieli o kraju przodków,
nie mieli pojęcia jaka jest współczesna Polska. Agnieszka bała się, że nie spodoba im się to, co zobaczą, że będą wyśmiewać się z sąsiadów, o których przecież różnie pisano w ich prasie, że przyjdzie jej tłumaczyć się z naszych, nie najlepszych niekiedy zwyczajów i zachowań. Bała się ich rozczarowań i krytyki.
Tymczasem Słupsk ich zachwycił. Zainteresowali się nie tyle przeszłością, co współczesnością miasta. Owszem, uczestniczyli w wykładzie o pomorskich rodach Belowów, Puttkamerów, Zitzewitzów, nawet Massowów i von Krockow,
o ich dawnych i obecnych związkach z Pomorzem. Wysłuchali tego z uwagą, ale temat ich nie porwał. Pytań, ani dyskusji nie było. Inne wyrażali oczekiwania poznawcze. W centrum ich uwagi znalazły się sklepy, lokale, uczelnie, przede wszystkim młodzi ludzie, ich rówieśnicy. Odwiedzili Szkołę Policji i Akademię Pomorską. Zawierali znajomości, wymieniali adresy, poznawali się i umawiali na kolejne spotkania. Wyznaczyli sobie własny program zwiedzania. Johann nadal jednak był ich przewodnikiem i autorytetem. Opowiadał, tłumaczył, wyjaśniał, naprowadzał niektórych na ślady rodzinne odczytując stare dokumenty.
- Ja was kształcę i reslawizuję na pożytek Rzeczypospolitej - mówił żartując,
- a wy uciekacie we flirty, konkury i zaloty.
- Do mnie nikt się nie zaleca – oświadczyła Agnieszka i wtedy na oczach wszystkich przytulił ją, pocałował i wyznał szeptem, by nikt nie usłyszał: - Przecież od dawna jesteś moją ukochaną, moją jedyną i upragnioną...
Rozległy się brawa młodych, owacje spontaniczne, radosne, lecz Agnieszka wcale nie była zaskoczona, bo od pewnego czasu odbierała sygnały czułości, troski
zainteresowania. Zawsze jednak był powściągliwy, umiarkowany w wyrażaniu uczuć...
Wieczorami, gdy gawędzili siadał przy niej, przynosił herbatę lub lampkę wina, wysłuchiwał zwierzeń, doradzał. Na każdym kroku miał ją przy sobie i pilnował by się nie oddalała. Czuła tę relację, która ją dowartościowywała i uszczęśliwiała.
Tylko dzięki niemu ten jakże odmieniony po osiemnastu latach Słupsk potrafiła po części zaakceptować. Musiała mu pokazać kamienicę, w której mieszkała, szkołę, skwer na którym spotykała się z koleżankami, przychodnię w której pracowała jej matka. Nic nie było jak dawniej. Nic. Dom po remoncie w niczym nie przypominał tej uroczej rudery z wąską fasadą, stromymi schodami, kutą w żelazie balustradą
i jedynym balkonem na pierwszym piętrze.
Dębowe drzwi z mosiężną kołatką strzegły tajemnicy trzypoziomowej, wystawionej do wynajmu rezydencji w samym środku miasta. Sąsiednie, także odnowione budynki, chełpiły się i promowały mieszczącymi w nich biurami, kancelariami, agenturami, ekspozyturami, bądź filiami banków. Nie było możliwości zajrzeć na podwórka, miejsce dawnych zabaw i spotkań sąsiedzkich, gdyż każdy skrawek przestrzeni był w jakiś sposób zagospodarowany. Skwer zatracił swą dziką pierwotność. Szkołę zamknięto , bo trwały lekcje i nikt z zewnątrz nie miał na ten czas do niej wstępu. Tam gdzie była biblioteka, urządzono pizzerię. Na miejscu przychodni stanął pawilon handlowy. Ulice zastawiono szczelnie autami, a wszechobecny monitoring strzegł własności prywatnej i publicznego porządku.
- Jakże wszystko się zmieniło. Przeminęło najpiękniejsze – żaliła się czując,
że pielęgnowane przez lata sentymenty osłabły. Martwiła się, że nad morzem;
w Ustce, Łebie, Rowach też nie będzie jak dawniej, że nowe hotele, pensjonaty, wille, lokale o przedziwnych nazwach, krzykliwe bilbordy i banery zakłóciły dawny porządek, ograniczyły przestrzeń swobodną wpisaną w krajobraz pełen tajemnic, utrwalony w jej wspomnieniach i tęsknotach.
- Nie smuć się, nie denerwuj, przecież należysz do tego miejsca, to nadal
twoja ojczyzna w której byłaś, jesteś i będziesz – mówił Johann.
- Przed tobą byli tu książęta, hrabiowie i lud prosty, po którym śladów najwięcej.
- Słuchałaś przecież wykładu. - Oni wszyscy byli, są i pozostaną, bo dzieje tych ziem to wielotomowa księga. W tej księdze jesteś i ty. Nikt i nic nie jest w stanie odebrać ci prawa przynależności do tych stron. Musisz jednak zaakceptować przemiany. Ty także jesteś inna, nie ta co przed laty.
- Boję się, że nawet nad morzem doznam zawodu, że poczuję się obco.
- Natura nie zmienia się łatwo, a Park jest pod ścisłą opieką jego miłośników.
Nie martw się. Ujrzysz piękno i doznasz radości – przekonywał.
I znowu przytulił ją z czułością, z namiętnością, której narodzin wcale się nie spodziewał. Jego zamknięty i strzeżony dotąd świat otworzył się dla niej. Nie próbował sobie tłumaczyć, jak to się stało. Po prostu polubił rozmowy z nią, jej oczytanie, wrażliwość i tę dozę uporu z którą zmierzała zawsze do celu. Imponowała mu dociekliwością z jaką zgłębiała każdy poruszany temat, intrygowała nieugaszoną tęsknotą, do opuszczonych w przeszłości miejsc.
Czuł, że z każdym dniem coraz bardziej jej pragnie, że raczy się jej widokiem, marzy o niej i śni. Kiedy któregoś dnia o świcie we dwoje wybrali się nad Gardno, doznali olśnienia. Jednakowo zafascynowani, radowali się także sobą, szczęściem, co spełnia się w bliskości, daje rozkosz i upojenie. Przyroda ze swą nieprzemijającą urodą zawładnęła wszystkimi ich zmysłami. Wypełniły się marzenia, rozpaliła serca sceneria umiłowanego zakątka. Słońce wyłaniało się powoli znad Mierzei złocąc Świętą Górę Słowińców. Głosy ptaków były tak harmonijne i niebywałe, że zdawało się, iż śpiewają pieśń na cześć miłości tryumfującej. I wtedy uświadomiła sobie, że świat jego dzieciństwa i świat jej młodości to te same światy. Pojęła, że nieraz trzeba długo wędrować, żeby to zrozumieć, że czasami wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało takie samo. To właśnie miłość przemówiła do niej ukojeniem, którego od lat nie znała.
Sł.R
tekst: Sława Ratajczak, Hamburg
foto: Zosia Wojciechowska, stół z morskich plaż- śfmp 19
Komentarze
zaloguj się aby komentować


