Zegar Uniwersum- przypowieść fantastyczna
![]()
Niezliczone gromady gwiazd wisiały ponuro na nieboskłonie wszechświata. Jak działo się, że przez miliardy lat ciała niebieskie nie trwały w bezładzie i chaosie. Grawitacja? Siły przyciągania między gwiazdami a planetami? -tak wydawało się ludziom, okruszynom zamieszkującym niewiele większy okruch- Ziemię. Tak wydawało im się w poczatkach trzeciego tysiąclecia, które było ułamkiem sekundy w skali wszechbytu. Grawitacja była tylko pasywną, zatroskaną matką. Z niej i z sił boskich powstał absolut. Ale to nie te siły same w sobie, a ich dziecko było zasadą, poczatkiem, końcem i wreszcie istotą tego, co jest.
Wszechzasadą był gigantyczny, symetryczny zegar, o którego rozmiarach pisać się nie ośmielę. Strukturę miał pierścienistą. Miał, ma i mieć będzie. Był jest i będzie kloaką wszystkiego. Zegar, który sprawiał, że czas był wszechrzeczą i wszechrzecz napędzał. Przesuwał się powoli, równomiernie synchronizując wszelkie planety i gwiazdy. Do ramion zegara przytwierdzone były niematerialne, duchowe struktury. Były to niedostrzegalne, gigantyczne sieci. Były ich biliony. Każda taka sieć połączona była z pojedyńczym ciałem niebieskim. Wszelkie planety i gwiazdy poruszały się wraz z zegarem dzięki tym sieciom. I Ziemia miała taką nitkę. I Ziemia tykała wraz z tykaniem wielkiego zegara. Tykał wszechświat. Skąd wielkie wahadło czerpało energię do napędzania bilionów ciał niebieskich? Struktury były napędzane przez zegar, ale i same go napędzały. Ruch zegara był napędzany wiązką sprzężonego gazu.
Ten gaz miał dwa skłądniki: dobro i zło. Z każdej planety i gwiazdy dochodziła niewielka ilość tego przemieszanego gazu. Ich suma napędzała cały mechanizm. Biliony ton tego, co nieskończenie dobre i tyleż samo tego, co krańcowo złe, regularnie karmiło tykające koło. Proporcje musiały być wyważone, by tykanie, a tym samym wszystko, było harmonijne i czas płynął spokojnie, linearnie. Gdy jednego z tych skłądników zabrakło, czas przyspieszał, stawał w miejscu, cofał się. Niewielka nawet dysproporcja powodowało opętanczy taniec zegara. Stało się tak kilkakrotnie w ciągu całej nieskończoności. Jeden niesforny okruch, któremu na imię Ziemia zaburzył wszechrzeczy harmonię. Niemowlę, mikrostruktura nie stanowiąca pozornie niczego istotnego, wstrząsnęła wszystkim. Pod koniec trzeciego tysiąclecia doszła do zegara tajemnicza, niepozorna wiązka.
Zło stanowiło niemal całą zawartość transmisji z Ziemi. Dobra praktycznie nie było. Zasada bytu była jasna- wystarczyło jedno, niewielkie odchylenie i dojść musiało do zachwiania rytmu wahadła. Wiek, który dla ludzi był dwudziestym, wystrzelił w samo serce zegara bezkres zła. Whadało przyjęło opętańczy bieg. Czas nie stepował, nie kłusował już nawet, ale szaleńczo galopował. Ziemia, a z nią ludzkość również pędziły. Najszybciej. Ziemia otrzymywała zwrotny impus, co zmieniło ją w pociąg, którego nic nie było w stanie zatrzymać. Nie było takiej zwrotnicy, takiego semafora w absolucie, który mogłyby zahamować niebieską planetę. Ludzkość przez wiek XXI, XXII i XXIII rozwijała cywilizację. Postęp był chaotyczny, nierównomierny, bo powodowany złem. Bezkierunkowo powstawały wynalazki, a moralność, współczucie, miłość- wszystkie skłądniki dobra, umierały. Technologia bez filozoficznego i duchowego obramowania zaczęła wszystko niszczyć. Człowiek, u progu apokalipsy, nie zdawał sobie sprawy, że nie niszczy tylko siebie samego, a cały wszechświat. Gdzieś daleko istniała jednak jeszcze mniejsza planeta, której atmosfera składała się z miłości, powierzchnia z altruizmu, a podziemia z bezkresnej masy litości. Planeta była dobrem, krystalicznie czystą ,ani materialną, ani niematerialną wartością. Zegar nie znał takiej struktury. Ciało niebieskie, które narodziło się ideą, wysłało silną wiązkę do centrum mechanizmu.
Ten mikroskopijny twór planetarny sparaliżował byt. Uniwersum zatrzymało się. Nastał bezruch. Impuls był niebywały. Ludzkość zastygła na wzór wszechrzeczy. Ręka na nuklearnym przycisku, który miał zdmuchnąć ziemię, zamarła w powietrzu. Dobro zalało zegar. Zaczął tykać, powoli, jak nigdy dotąd harmonijnie. Człowiek opamiętał się. Wiązka z nitki zbombardowała Ziemię, jak i wszystko, co było, jest, i będzie. Strumień dobra rozszczepił się na filozofię, duszę, miłość, braterstwo, ideę. Wahadło tykało już bardzo powoli. Czas brodził, a z nim mysli, ruchy i gesty. Człowiek usiadł na polanie. Był pusty, bo zło z niego uleciało. Pustkę zasilać zaczął zegar. Zasilał ideą, bezwarunkową miłością i radością. Napędzał się, napędzał planety, a one z kolei napędzały jego i siebie ruchem wyważonym. Człowiek usiadłszy na polanie po raz pierwszy od tysiącleci spóścił wzrok. Uśmiechnął się, wpatrzony nie w technologię, nie wojnę, nie w destrukcję. Spojrzał na drugiego cżłowieka siędzącego tak, jak on, na polanie, zielonej polanie. Uśmiechnął się. Uśmiechnął się zegar. Uśmiechnęły się planety. Uśmiechnąłem się ja tę bajkę napisawszy.
KONIEC
Opowiastkę dedykuję wszystkim, którzy odnajdują uśmiech i radość- czyli tym, którzy publikują W Radiu Wnet. Szczególne pozdrowienia dla Zofii Wojeciechowskiej- najaktywniejszej republikanki Radia Wnet!
Komentarze
zaloguj się aby komentować


